Podróż przez średnie jeziora - vol 2.
1

Budzę się punkt szósta. Na kilka sekund przed tym jak zapika budzik w tanim casio (na mym ręku casio błyszczy, żadna laska nie zapiszczy...). Wypełzam z namiotu. W samych slipach ogarniam kawę, śniadanie, kajak. Kawa z zasadzie niepotrzebna bo jestem obudzony, ale piję dla smaku. Sprawdzam co mam na zapasach. Bez szaleństw mogę przeciągnąć pięć-sześć dni bez łażenia do sklepu. Diabli wiedzą jak będzie wyglądać kwestia zostawienia kajaka.
Przy pompowaniu zdziebko się spociłem. To nowy sprzęt. Trzeba go napompować na wyższe ciśnienie niż poprzedniego.
Całość porannych zabiegów zajmuje ponad półtorej godziny. Ruszam przed ósma, już przy całkiem konkretnym słońcu. Odbijam najpierw w lewo. Kilkaset metrów dalej wpływam w kanał. Przepływam pod mostem i trafiam do najdłuższego w PL tunelu z drogą wodną. Tunel powstał...bo jezioro przegrodzono w poprzek nasypem kolejowym wysokim na 15m. Bez tunelu woda nieznajdując ujścia wymywała by nasyp.
Tunel przepływam kilka razy w te i nazad. 120m ceglanych ścian robi wrażenie. W tunelu jest drewniany podest więc można też nim przejść.
Potem kawałek kanału i wypływam na Szeląg Mały mają po prawej ten ośrodek gdzie wczoraj właściciel zaśpiewał 70 pln za nocleg. Kajak sunie sobie prosto i szybko. Skręcam w lewo w zwężenie i przepływam na najdalszy kawałek. Po lewej mijam przystań ośrodka wypoczynkowego Elemis (tak firma co w PRL robiła telewizory), potem plażę wiejską i dopływam do tataraków na samym końcu jeziora.
Mogę powiedzieć że tym razem zwiedzam porządnie. Od końca do końca.
Zawracam i padluje spowrotem. Mijam ośrodki, wpływam w kanał a w tunelu dupa.
Kilku gości wynajęło sobie housebota na urlop. HB to taka barka z mieszkaniem. Długa z osiem metrów i szeroka niewiele mniej niż ten tunel. Kolesie są mocno wypici i nie dają rady manewrować w tak ciasnym miejscu. Non stop albo szorują po ścianie, albo walą w podest albo stoją i klną.
Pokonanie kanału zajmuje im prawie godzinę. I to tylko dletego że w końcu zgasili silnik i rękami się odpychali od ścian.

Więc jak wracam na Szeląg wielki jest prawie dziesiąta. Czas mnie jakoś specjalnie nie goni, ale takie sytuacje denerwują.

Zaczynam wiosłowanie. To pierwszy raz jak testuje kajak na dużym dystansie na nieruchomej wodzie. Pomimo fali i odrobiny wiatru, w ciągu godziny robię odcinek od "mojego" pola do następnego kanału. Legancko 7km/h. Ten kanał prowadzi do Ostródy. Za dwa kilometry śluza.
Wiosłuje nieśpiesznie. Woda w kanale jest czysta. Więc kotwicze na chwilę kajaka i idę popływać. Niby w kanałach nie wolno, ale ruchu nie ma wiec korzystam. Piasek na dnie, dwa metry głębokości, woda jak kryształ...
Potem na luzaku wiosłuję przez las. Podejrzewam że las jest pozorny bo pewnie za drzewami pola, ale wygląda zajebiście. Mijają mnie kajaki napływające z naprzeciwka, chyba ze trzydzieści sztuk.
Przy takim chilu do śluzy docieram w południe. Trzeba wyjść, krzykiem zwabić operatora i zapłacić pieniązek za śluzowanie. Komora jest malutka w porównaniu z tym co znam. Cztery metry szeroka, ze dwadzieścia długa.
Pół godziny później jestem na jeziorze Pauzeńskim. Cumuje, zjadam obiad (konserwa z cebulą i herbata). Rozciągam gnaty i płynę dalej.
Po drodze mijam kolejne prowadzące w bok kanały. Jest ich tu masa i łączą ze sobą duże i małe jeziora.
Pokonuje następne półtora kilometra i śluzuję się w Ostródzie. Kiedyś to było miasto-stocznia, teraz po prostu miasto. Dopływam do mariny, robię opłaty, rozbijam namiot. Upuszczam trochę powietrza z dna kajaka żeby nie strzelił od słońca. Podłaczam pro forma alarm (marina jest z monitoringiem) i idę zwiedzać. Zamek krzyżacki, rynek, deptak. Kurna trzeba było rower zabrać. Na kajaku by się zmieścił, a tak to nogi schodziłem że aż tyłek boli.
Do namiotu wracam o dwudziestej ze świeżym pieczywem na jutro.
Miejsce jest spoko bo ciepła woda, gładki plac i trawa ale blisko drogi i knajp więc hałasy nie pozwalają zasnąć. Leżę i czytam. Dopiero koło jedenastej miasto cichnie i zasypiam.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Karma zawsze wraca
18

> Bądź mną
> lvl 27
> śmieszkujesz sobie z babcią o swoich niedoskonałościach
> rozkminiacie jak by to było gdybyś był grabarzem
> śmieszkujesz o tym jak byś się męczył z wykopaniem rowu jak by wszyscy goście czekali itp.
> Na drugi dzień przyjdź do pracy
> jakiś czas temu do firmy przyplątał się kotek i zawsze przybiega rano się przywitać
> ale nie dzisiaj
> cośjestnietak.exe
> mija kilka godzin
> nagle przybiega elektryk, mówi, że znalazł kota
> pokazuje na breję na jezdni
> daje ci łopatę
> młodywieszcomaszrobić.wav

PS. Tak, męczyłem się z wykopaniem grobu, przez korzenie nie szło się przebić, więc zakopałem na odpierdol

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Podróż przez średnie jeziora - vol 1.
4

Zegarek tradycyjnie wyrywa mnie ze snu w środku nocy. Mamo..prosze jeszcze sześć godzin... Matka siedzi z tyłu... boże co ja gadam, trzeba wstać. Zwlekam cielsko, proste śniadanie plus kawa i zbieranie na biegu bo zaraz taksa podjedzie. No i podjechala. Dworzec PKP w Sosnowcu pomimo wczesnej pory nie pusty ale i niezatłoczony. Targam wózek z kajakiem po schodach. Mogliby w końcu pochylnie zrobić.
Pociąg i bzzzzyt .. sześć godzin później wysiadam w Olsztynie. Tym na Mazurach.
Miałem nawet początkowo pomysł żeby iść zwiedzać bo następny pociąg dopiero za półtorej godziny, ale perspektywa ciągniecia za sobą wózka i 30kg klamotów powoduje że jak rasowy Rumun skulam sie na ławeczce i czekam.
Kolejny pociąg. Piętnasta godzina i jestem w Santa Jabłonce. Znaczy w Starych Jabłonkach, ale skrót na drogowskazie jest St.
Teraz się jeszcze targam kawałek do pola namiotowego.
Godzinę później mam już pole opłacone na jeden dzień i mogę się rozkładać. Pośpiechu nie ma i tak ruszam dopiero jutro. To pole darze sporym sentymentem. Dwadzieścia kilka lat wstecz na kąpielisku przy tym polu pierwszy raz byłem ratownikiem.
Roztawiam namiot. Kajak nie wypakowywuje. Leży w pokrowcu obok. Tylko wciskam alarm do środka, aktywuje i idę zwiedzać. Poprzednio chowałem kajak do namiotu. ALe teraz namiot jest mniejszy, a kajak większy. Nie pomieścimy się.
Obłażę okolicę. Grzęznąc w błocie idę wzdłuż kanału, przełażę pod mostem i trafiam do najdłuższego w PL tunelu który można przepłynąć. Jutro to planuje zrobić. Za tunelem wyłażę na drogę, oglądam bunkier i odwiedzam postPRLowski ośrodek. Śmieszna rzecz. Pracowałem obok przez miesiąc, a nigdy tego ośrodka nie odwiedziłem. Mazury są jednak specyficzne. W takich wypizdowach czas się zatrzymał 50 lat temu. Jak postawili za Gierka tak zmian nie robią. Na kuchni szwargotają po ukraińsku. Z ciekawości pytam o cenę - 70pln za nocleg w namiocie. Bóg ich opuścił. Na swoim polu mam za 15pln.
Wracam na "swoje" pole tym razem przed dworzec PKP żeby kilka zdjec zrobić. Dworzec odnowiony, nie ma już drewnianego peronu z podkładów kolejowych ułożonych w pryzmę.

Kąpielisko przy polu nadal jest, tylko drewniany mostek inny. I ratownika nie ma. Choć samo pole sporo się zmieniło. No ćwierć wieku minęlo więc zmiany muszą być. Przede wszystkim ciepła woda z prądu a nie z opalanego drewnem kotła.
Resztę dnia planowałem spędzić na nic nie robieniu ale tak po prostu leżeć nie potrafię. Z godzinę spędziłem w wodzie żeby rozruszać mięśnie po podróży. Woda w tym jeziorku czysta jak była więc pływanie to przyjemność.
Potem od właściciela pola wypożyczyłem starego składaka i pojechałem obejrzeć wioskę.
Z jednej strony - sporo nowych domów. Kilka na wynajm. Z drugiej strony - te z czerwonej cegły co jeszcze za Prusaków postawione - stoją i są w ciągłym użyciu. Pomimo sezonu wiocha pusta. Harcerze nie organizują tu swoich obozów już.
Na koniec jeszcze zakupy w miejscowym sklepie, powrót na pole i zdanie roweru.
Kajaka nikt nie ruszył. Widać miejsce spokojne.
Kolacja i .. nie nie idę spać. Łażę po polu, wychodzę na pomost. No rzesz sentymenty mnie wzięły straszne. Próbuje sobie przypomnieć gdzie stał wtedy mój namiot, i mniej więcej się orientuje ale pewności nie mam.a
Najchętniej to bym się wogóle nie kładł tylko łaził po okolicy i cieszył się zapachem lasu. Pięknie tam jest. To już takie Mazury nie Mazury, Warmia bardziej. Przez to że na uboczu nie ma takiego tłoku jak na Sniardwach. Tu jeszcze jest prawie dziko.
O dziewiątej wieczorem w koncu włażę do namiotu i próbuje zasnąć. Ciężko to idzie.
Mam ochotę wyjść i dalej łazić po okolicy. W końcu nie wiadomo kiedy następny raz uda mi się tu przyjechać. To już chyba taka cecha że jak się w wielu miejscach było to potem brakuje czasu zeby je jeszcze raz odwiedzić.
Usypiam dopiero gdzieś koło jedenastej.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Winiarze
29

Nie rozumiem ludzi, którzy wchodzą na forum dla winiarzy w poszukiwaniu jakiejkolwiek odpowiedzi. Wchodzę z ciekawości w gałąź traktującą o nastawach i patrze na te ich wypociny związane z diagnozowaniem BLG i ręce opadają. Oni tam wszyscy jak jeden mąż powtarzają jedną mantrę - "jaki rodzaj drożdży, podaj ilość wody, jaka ilość cukru". Myślałem, że to takie ich przywitanie ale oni tam pytają o ilość soku gościa, który pisze, że ma problemy z ustaniem fermentacji. To tak jakbym pojechał do mechanika a ten się mnie pyta jaki mam zapach choinki przy lusterku
.
Najlepsze jest jak te specjalisty dostaną odpowiedź, że dzikusy to jakieś szlachetne drożdże i inne piekarnicze. Łoo chłopie, to wina drożdży na 100%, wylej to gówno, one odpowiadają za wszystko - że ci nastaw nie bombelkuje, że piana poszła z balonu, że na owocach pojawia sie grzyb, że w Szczawnicy rzeka wylała a nasi nie dostali się na mundial. To jest wszystko wina drożdży i ilości cukru w nastawie. I wtedy odchodzą uradowani, bo pomogli pytającemu, który teraz siedzi przed kompem i zastanawia się, dlaczego zamiast zlania z nad osadu i dosłodzenia oni mu każą zmienić zbiornik, który mimo że nie szklany to pracuje już kilka lat.

Jeszcze lepsze akcje widać jak ktoś ma problem i wszystko opisze ze szczegółami. Oczywiście zaraz pojawi się mod ze swoim "hurr Bayanus albo sedes", pytający zbierze się w sobie, walnie specfikację obejmującą szczep drożdży, BLG ilość soku, wody.. wrzuci co trzeba... i temat umiera, bo okazuje się, że drożdże to prawilne TURBO czy VR5 i nie ma się do czego przyczepić a więcej nie doradzą, bo znają się tylko na tym jednym elemencie

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Szury
34

Czy ktoś mi wytłumaczy skąd biorą się szury? No bo nakurwiałem ciężko na studiach by pomagać innym i dbać o wspólne dobro, na początku było nawet ok, ludzie szanowali, raz na jakiś czas się poszło do ministra i wywalczyło się tą podwyżkę, bo jak wiadomo w budżetówce nie jest kolorowo. Ale no ja pierdole, to co się dzieje w 2021 roku to totalny dramat. No oczywiste jest, że żyjemy w ciężkich czasach, ale no ja pierdole jebane polaczki zamknijcie mordę w kwestiach, w których się nie znacie. Nie po to kończyłem studia i inne kursy, żeby teraz narażać życie na pierwszej linii frontu, a jeden czy drugi wyzwie mnie od śmieci. Wybitni profesorowie ciężko pracują w rządowych komisjach, a polak co ledwo umie czytać i pisać będzie na nich pluł. Teraz jak się znalazło rozwiązanie, które mogłoby zatrzymać katastrofę to nagle skrajni politycy, co też mają IQ mniejsze od małpy, napierdalają, że co my robimy. W mediach co chwilę, że kryzys zbiera kolejne żniwo, a tępe polaczki dalej w zaparte tak jakby nie mogli dać pracować tym którzy się w tym kształcili. Tak się zdenerwowałem, że idę nawpierdalać się bigosu z nadzieją, że te 0.5 miliarda na mur nie pójdzie na marne.
zdjęcie nie powiązane

Szury
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Dzień Nauczyciela
30

Nauczyciele piszą list do Jarka – bo Mati jest tylko listonoszem - że chcą półtora tysiąca podwyżki.
Jarek oczywiście mówi: Nie.
Nauczyciele: Nie?
Jarek: Nie.
Nauczyciele: Okej.
I na pełnym kozaku zaczynają strajk, czyli od tego momentu
mają totalnie wywalone.
Wchodzą do klasy i rzucają do uczniów:
– Dwa plus dwa?
– Pięć!
– Dobrze! Kto da więcej?
– Siedem!
– Brawo!
Uczniowie się rozochocają.
– Trzynaście!
– Bang! A teraz wyciągamy karteczki!
– Nieee, prosimy!
Ale nauczyciel nie daje za wygraną.
– Wyciągamy karteczki!
– Ale proszę pana…
– Bez dyskusji! Wyciągamy karteczki i… rysujemy kutasa! Buhahahaha!
I dzieci szaleją.
I radość! I wariactwo!
I cały czas szóstki ze wszystkiego!
– Malinowski?
– Nie ma!
– I zajebiście! Szóstka!
– Mogę iść do toalety?
– Możesz! Szóstka!

Aż rodzice byliby lekko skonsternowani. Wiedzą przecież,
że ich syn Maciuś to debil do kwadratu (są jego rodzicami,
rodzic wie takie rzeczy, może się kłócić z innymi, że to nieprawda, a i tak w głębi duszy wie, że ma w domu cymbała),
ale ma same szóstki. Ze wszystkiego.
I Maciuś kończy szkołę z czerwonym paskiem. Średnia 6,0.
Oni w szoku, ale zaczynają wierzyć, że się zmienił. Że zstąpił
na niego Duch Święty albo ugryzł go radioaktywny pająk.
N i e s t e t y – cudów nie ma. Na studia Maciuś się nie dostaje.
Startował na trzy kierunki. Na żadnym nawet nie otarł się o listę przyjętych. Nie dostaje też roboty.
Próbuje znowu.
I znowu.
Raz mu się udaje gdzieś na moment zahaczyć, ale po chwili
go wypieprzają, bo w ciągu tygodnia omal nie doprowadził
do bankructwa firmy.
Poddaje się.
Nie stać go, żeby się wyprowadzić. Wpada w złe towarzystwo.
Ciągle mieszka z rodzicami. Podpierdala im pieniądze,
a kiedy chcą to ukrócić, wynosi co cenniejsze rzeczy z domu
i za to kupuje narkotyki.
Wpada w nałóg i depresję.
Próbuje odwyków, ale ucieka.
Wiesza się w swoje pięćdziesiąte urodziny.
W Wigilię.
Na jego pogrzebie są tylko rodzice i jakaś narkomanka, która
chce od nich pieniędzy, bo jest z Maćkiem w ciąży. Krzyczy,
że jak nie zapłacą, to rzuci się z mostu albo spali im mieszkanie.
Zabiera ją grabarz.
Pieprzą się za najbliższym pomnikiem.
Rodzice stoją nad grobem Maćka.
Są zniszczeni.
Nagle zamierają. Dopiero teraz łączą kropki.
– Kurwa, strajkowali…

Autor: Abelard Giza

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.12171292304993