Wyprawa kajakiem wokół komina - vol 3
4

..Dokończenie z poprzedniego odcinka.

Złażę do lodowatej wody (w Przemszy woda zawsze jest zimna). Staję po pas w wodzie przy kolektorze i kombinuje. Kolektor ma postać budynku w kwadracie mniej więcej cztery na cztery metry. Od strony nurtu jest w nim dwumetrowej szerokosci przepust. Światła nad wodą jest z pół metra. Taki sam przepust jest na przeciwległej ścianie. ile pod wod nie mam pojecia. Próbuje wymacać dolną krawędż wiosłem, ale słabo to idzie bo nurt porywa wiosło od razu. Woda w tej dziurze nie płynie tylko zapierdla.
Do rufy kajaka wiąże linę. Dziesięć metrów. Staje w wodzie do pasa, pod brzegiem naprzeciw wlotu kolektora. Luzując sznurek spuszczam kajak przez dziurę.
Przeszedł elegancko bez problemu. Po drugiej stronie oparł się o brzeg (kolektor stoi przy brzegu w takim zakolu)
Pompuję paszczą kamizelkę, układam się płasko na wodzie nogami do przodu. Stopy razem, kolana ugięte i obyśmy nie trafili na czopek. To znaczy na np wystający pręt..
Woda porywa od razu, przed oczami przelatuje: ściana, niebo, ściana i już jestem po drugiej stronie. Mordą walę w swój własny kajak który odpowiada protestujacym zgrzytem. Uciekam na bok, ląduje na kamieniach.
Tu jest kamienne zwałowisko bo ciężko to bystrzem nazwac. Nie bawie się nawet we wsiadanie do kajaka, ciągnę go za sobą starając się przenieść go nad kamieniami.
Kilkanaście metrów morderczego wysiłku i trafiam na płytką spokojną wodę. Wskakuje do kokpitu i staram się wcelować pomiędzy kolejne wystające z wody pale. Przepływam pod mostem, między palami i ląduję na lewym brzegu. Tu jest kolejna przystań.
Przysiadam na parę minut i czekam aż adrenalina opadnie. Strasznie żałuję rozwalonej kamery. Drugi raz chyba się nie zdecyduje na taką akcję.
Przy okazji przesycha mi ubranie. Spuszczam powietrze z kamizelki i zabieram się z jedzenie. Ostatnie panzerwafle weszły na siorbnięcie. Marzy mi się herbata, ale za dużo z tym roboty.
Po jakichś dwudziestu minutach zbieram się dalej.
Przepływam pod zwalonym drzewem, potem przez kilka kilometrów płynę meandrami. Jest głębokosć, nurt i szerokość - ten odcinek jest dla rodzin z dziecmi.
Mijam przystan. Spływam mały chyba naturaly próg. Miejscami znowu jest płytko i słyszę jak stabilizator dzwoni o kamienie. Przepływam pod ogromnymi mostami kolejowymi. Dziesięć pięter w górę i chyba ze 200m długości. Teraz rzeka biegnie po dużym łagodnym łuku. Trochę sielanki i do uszu dobiega hałas znajomego progu. Ciężko powiedzieć czy natruralny czy sztuczny. Z pół metra wysoki, ale z ogromnym kamieniem na środku. Daje na wiosłach i ustawiam się bliżej prawego brzegu. Huśtawka góra-dół-góra i jestem po drugiej stronie. Teraz można całą naprzód. Łagodny łuk tym razem w prawo, prosty odcinek i dobiega mnie łoskot elektrowni wodnej.
Tak w Sosnowcu jest elektrownia wodna. Ląduję na prawym brzegu i przenosze jakieś stopięćdziesiąt metrow.
Jestem wykończony. Przysiadam, oszukuję głód krówką-ciągutką i wodą z bidonu.
Ruszam dalej. Teraz długi prosty odcinek, brzegi umocnione trylinką. Zero wirów, płycizn, zwałek. Podziwiam las dookoła i wiklinowe kosze dla ptaków. Przepływam pod kładką, mijam kolejny most i znowu ląduję na prawym brzegu.
Cóż, niejedna jest MEW w Sosnowcu. Tym razem obnoska krotka.
Rzeka wezsza, nurt szybki. Kajak leci jak na skrzydłach. Pokonuje bystrze, dwa małe progi i długie bystrze pod mostem drogowym.
I znowu progi, jeden, drugi, trzeci. Momentami jest jak na górskiej rzece.
W dali na horyzoncie dosrzegem trylinki wyłożone na prawym brzegu. To miejsce lądowania. Podpływam i wyrzucam na brzeg piaskową kotwicę. kajak obruciło i przykleiło do brzegu. Wysiadam najszybciej jak się da i wyciągam go do połowy z wody. Wory na brzeg, wiosło na brzeg, kajak na plecy.
Przenoszę go przez wał i układam na boisku do przeschnięcia.
Przynoszę klamoty.
Wycieram susze, pakuje. Jestem na ostatnich nogach.
Godzinę później robię 200m spaceru na przystanek. Wsiadam w autobus ii jadę do domu.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Wyprawa kajakiem wokół komina - vol 2
2

Dzień drugi.
Budzik pika o 6.00. Przespałem lekko licząc 10 godzin. Wogóle to chyba ci lekarze mają racje. Jak jestem na spływach, cały dzień popierdalam, a potem długo śpię, i rano wsuwam mięcho, warzywa i bułki - to czuje się świetnie. Im dłużej jestem w takim reżimie, tym lepiej. Znika gdzieś ta cywilizacyjna rozlazłość.
Dobra, wracam do tematu. Pakowanie i śniadanie idzie szybciutko. Nie ma za bardzo co zwijać, a kajak napomowany. O siódmej jestem na wodzie i mknę. Nad taflą jeszcze unosi się biały opar. Fajne odcinki bez zwałek. Pod mostem trasy Olkuskiej, wpadam na bystrze i przez chwile rzuca mocno. Parę minut później mam przeprawę pod mostem w Sławkowie. Tutaj wychodzę z kajaka i spławiam go górą. Dwa razy rozwaliłem tu ponton więc szkoda mi ryzykować. Dalej już na lajcie. Szeroka rzeka, bystry nurt, drzewa powycinane. Po prawej zabudowania Sławkowa, po lewej wał. Mijam przystań, przepływam pod kolejną kładką. Teraz znowu niebezpieczny kawałek. W nurcie zostały pale po starym moście, a zaraz przed palami jest zwężka. Woda kręci. A jeśli obróci i oprze o te pale, to w sekundzie kajak jest pod wodą. Mnie się udaje. Kajaczek jest dość długi i niepodatny na chwilowe wiry.
Znowu sielankowo turystyczny kawałek. Rzeka wprawdzie kręci, ale idzie się utrzymać w nurcie. Mijam domy na skarpie, stary most kolejowy i miejsce gdzie kónczą się krótsze spływy. Prosta, łuk i wpadam na kolejne bystrze pod mostem LHS (linia hutniczo siarkowa). Tutaj rzuca mocno przez jakieś 40m. Rzeka wpływa w rozległą kotlinę. Brzegi niskie, płaskie, ale mało przyjazne. Drzewa i krzaki rosną bardzo zwartym szpalerem. Trafia się zwałka. Z rozpędu napływam na drzewo, przebiegam na dziób i szarpiąc przeciągam łajbę na drugą stronę drzewa. Kiedyś się strasznie bałem że kajak tego nie wytrzyma, ale po na tym pancerniaku nawet śladu nie ma na dnie.
Znoswu zakręty. Potem prosty odcinek. Na brzegu listy, czasem sarny, i te kurwskie bobry co niszczą rzekę. Zwalonych drzew trochę jest, ale na szczęscie wszystko poprzycinane. Woda płynie i ja też płynę. Raz zatrzymuje się przy obiecuącym brzegu ale to co brałem za piaszczystą plażę jest grząskim mułem. Jem panzerfafle popijam wodą. Izotoników nie brałem bo na dwa dni w lesie nie ma po co. Po kilkunastu kilometrach trafiam na przepusty rurowe. To jedno z miejsc którego się obawiałem, bo cięzko wylądować żeby przenieść kajak. Koniec końców decyduje się na kurs przez rurę. Przlatuję przez nią elegancko.
Dolina w której płynie rzeka trochę się zwęża, i od lewej pojawiają się urokliwe skarpy. Piasek, choinki, śpiew ptaków.
Mijam kolejne pale wbite w rzeke, potem trochę zakrętów i trzy progi jeden po drugim. Zaraz za trzecim jest kładka. Płynę szybciej niż myślałem i w ostaniej chwili zdążam się położyć. Tyle że nie do końca i gopro które mialem na czole przyjmuje na siebie uderzenie o metalowa konstrukcję. No i nie mam już gopro. :( .
We łbie trochę szumi.
Pół kilometra dalej skręcam w Kanał Szczakowski i podpływam jakieś sto metrów w górę do plaży. Czas na czyszczenie kajaka z gałezi i mułu. W kanale woda jest krystalicznie czysta, ciepła, a dno piaszczyste. Ideolo.
Mam za sobą jakieś 20km i sześć godzin płynięcia i przenosek. Pozwalam sobie na godzinę drzemki na brzegu.
Drzemiąc, zastanawiam się co dalej. Mogę skonczyć za jakiś kilometr na przystani. Mam stąd przesiadkowe połączenie do domu.
Decyduje się płynąć dalej. Wiosełkuję, mijam przystań, trawiam pod most kolei Warszawa-Wiedeń. Tu muszę wysiąść i spławiąc kajak po skośnym progu.
Teraz mam chyba najniebezpieczniejszy moment. Rzeka jest przegrodzona murem, a nurt biegnie przez budynek przedwojennego kolektora wody. Ryzyko jak uj, bo nurt tam zapier.. jak porąbany, a całe okno kolektora ma dwa metry i nawis pół metra nad wodą. Jak się położę to nie wykieruję, jak siądę to znowu walnę głową, a nie mam drugiej kamery która zamortyzowałaby wstrząs. Z kolei przeniesienie kajaka prze mur nie wchodzi w gre, bo nikt o schodkach nie pomyślał.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Wyprawa kajakiem wokół komina - vol 1
3

Pobudka wczesna ale już za widoku. Początek kwietnia, słońce wstaje w miarę wcześnie. Kajak i klamoty spakowane od wczoraj. Paczka skromna, bo tylko jeden nocleg. Namiot, mata, śpiwór, kartusz 100gram, metalowy kubek zamiast menażki. Tym razem wózek zostaje w domu. Dryptam 500m na autobus. Przejazd-przesiadka-przejazd i jestem w Błędowie. Znowu krótki spacer z kajakiem na plecach, do mostu w środku lasu.
Mostek na Białej Przmszy. Poniżej rozlewisko. Szerokie na osiem metrów, głębokie do kolan, czysty piasek na dnie i dziki las wokół. Pompuje kajaka, wrzucam do środka klamoty i siebie. W chwili kiedy ruszam, na start podjeżdza auto i następni kajakrze ściągają z dachu Draggery.
Sztywny kajak, nie moja bajka. Ruszam swoim ku przygodzie.
Po 50m rzeka się rozdwaja. Mapa mówi żeby płynąć w prawo co czynię.
I 100m dalej utykam tak że kajak przeciągam spowrotem po brzegu, bo rzeka zamienia się w bagno.
Płynę lewą odnogą. Trafiam na drzewo zwalone w poprzek nurtu. Wskakuje do zimnej wody, przepycham kajaka górą. W tym miejscu rzeka ma 3m szerokości ale jest do pasa głęboka.
Po kilkunastu metrach dalej, sytuacja się powtarza.
I znowu , i znowu i znowu.
Pierwszy kilometr pokonuję w godzinę. Co ciekawe ci co się wodowali jeszcze mnie nie dogonili.
Trafiam na kawałek czystego nurtu. Jest wprawdzie tak wąsko że non stop zahaczam wiosłami o tataraki po obu stronach, ale przynajmniej płynę.
Jest pięknie, słońce świeci, drzewa zielone ptaki spiewają.
Po kilometrze trafiam na rozelwisko i powalone w nurcie drzewa. Przeciągam kajak nad, pod i bokiem. Między zwałkami nawet nie wiosłuję, bo odcinki są tak krótkie że nie ma sensu do kajaka wsiadać. Odpycham się nogą od dna po prostu.
Mozolnie leci kilometr za kilometrem. Ten odcinek to jakiś rezerwat i nikt zwałek nie wycina. Srednio trafiaja sie co 50-100m.
Pokonuję pierwszą, rachityczną bobrową tamę. Po prostu przeciągam kajak po niej i płynę dalej.
Rzeka zorbiła się szersza, ma tak ze cztery-pieć metrów. Ale jednocześnie plytsza więc co i rusz osiadam na mieliźnie. Mordęga.
Po jakichś czterech kilometrach takiego wariactwa, nagle robi się głębiej, zwałki znikają i generalnie rzeka wygląda sielsko.
Oho, taki penis.
Po kilkuset metrach okazuje się że przybór wody spowodowała wielka bobrowa tama. Teraz muszę przetargać kajak po tym zwałowisku drewna. Przy okazji sam się pocharatałem.
BTW: to bujda co piszą o bobrach. Tama nie jest z dużych drzew. W większości składa się z wplecionych w nią gałęzi.
Ruszam dalej. Teraz jest płytko, ale płynąć się da. Z dnia zrobiło się popołudnie. Mijam most w Rudach. Lawiruje miedzy palami w wodzie. Potem jeszcze kilka zakrętów i od lewej wpada rzeka Biała. Teraz jest galantno. Głęboko na metr. Szeroko na dziesięć. Płyniemy.
Zakręt, zakręt, miajm kilka opon od traktora. i.. jeb.
W ostatniej chwili padam płasko na kajak, bo jakiś chujek rozciągnął stalówkę pół metra nad wodą. Kurwa mać.
Dopływam do młyna w Okradzionowie. Potężna przenoska, bo muszę kajak wciągnąć dwa metry po kamiennej ścianie, a potem przenieść go o jeden most za daleko i zwodować.
Pikawa mi klekocze jak w starym dieslu.
Cyk bekasa na posesje,.. to znaczy kajaka na wodę.
Piękny odcinek. Rzeka ma naście metrów szerokości, brak zwałek, płyniemy.
Taki uj.
Po pół godzinie lenistwa obnoska na drugim młynie. Trudniejsza bo trzeba się lewą stroną przez chaszcze przeciskac.
Kolejny kawałek to znowu sielanka. Długie odcinki, lekkie łuki. Drzewa tutaj są poprzycinane pod komercyjnych, więc wystarczy schylić głowę by pod zwałką się przedostać.
Mijam most z przystanią, potem kładkę nad wodą. Spływam symboliczny próg o który kajak uderza skegiem.
Prosta, zakręt i postój po lewej stronie. Zaskakujące, ale jest tu pole namiotowe.
Jest godzina 18. Na upartego mógłbym wrócić do domu, i rano tu przyjechać. Ale jestem skonany. Od 9 do 18 zrobiłem jakieś 12km..
Namiot, śpiworek, mycie wodą z beczki i w kimono.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Tinder.
3

Założyłem konto na tinderze. Zeby nie jeździć to ustawiłem bardzo mały zasięg i zacząłem przeglądać.
1500 lasek 11/10, w zakresie kilkuset kroków.

Mieszkam na małym osiedlu na zadupiu. Jakieś sto dwadzieścia domów, i może z siedmiuset mieszkańców. Srednia wieku 55.

Mysle ze te babki mają dwa etety. W dzień są laskami z tindera, a w nocy samotnymi mamuśkami z okolicy.

Jak batman.

Dodatkowo o zmierzchu leją beton, asfalt oraz układają kostkę, a nad ranem rozwożą do sklepów płody rolne i podstawe artykuły gospodarstwa domowego.

Zywia się rzepą i winem Arizona.

Czasem pracują w Avonie.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Tydup
25

Bądź mną lv 23,

- wchodzę do biedronki po ogórek, masło i najtańszy chleb z możliwych,
-patrzę a są tylko bułki, no chuj,
- jebać bułki kochać biedę,
- idę po masło. Jest tylko jakieś chujowe i niesprawdzone. Jebac masło,
- idę po ogóra,
- tam na stoisku same pytongi knagi jak u Wiktora niggera,
- biorę największy eko dildos na półkuli ziemskiej,
- idę do kasy,
- za mną stoi milf lat ok 30,
- patrzę a ta ma cały wór ogórków *kurwa gangbang,
- patrzę na swojego ogóra.., na Nią, Ona na mnie i po chwili na mojego ogóra z dziwnym usmieszkiem i potem na swoje zielone knagi,
- jak pedał kupuje tylko jednego mocarnego bydlaka,
- młoda znudzona życiem kasjerka mówi cenę,
- trzepie po kieszeniach jak by mi pluskwy jajca wysysały,
-KurwaajApuerdoleeeaaa, nie wziąłem hajsu na ogóra,
-smiechłem i powiedziałem, że na szczęście mam w domu baseball,
-kasjerka error 1008 aż jej brwi zaczęły spierdalac potylicą,
- do milfa za mną mówię, że w takim razie oddam jej pytonga bo i tak ma ich z 30,
- kasjerka się wtrąca i mówi, że go odłoży haha kurwa ta... Będę zapierdalał 2 razy po ten zielony flecior,
- zjebana ta historia, kasjerka ale milf spoko.

Wypierdalam. Miłego czwartku ogóry
PS: Patrzyła na mojego ogórka przegrywy

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Ja cierpię dole.
11

Live stream z roboty.

Siedzą babki w biurowej kuchni i rozmawiają o dzieciach. Normalka. Sprawa zeszła na witaminę C. WItamina C zapobiega przeziebieniom. Tylko trzeba jej dużo podawać dziecku duuuuzo.
Ile to jest dużo?

Otóż trzeba dziecku podawać witaminę C tak długo aż dostanie biegunki. Bo to znaczy że organizm się pozbywa nadmiaru.

Szkods trochę tych dzieciaków.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.10896706581116