Literatura w mojej piwnicy Armando Protez - Psia krew.

0

W swej najnowszej powieści Armando Protéz sięgnął po wypróbowaną formę literacką, stosując kropkę na końcu każdego zdania. Łatwość, z jaką posługuje się tym znakiem interpunkcyjnym, stawia go wśród największych. Książka zaczyna się od fascynujących opisów górnych warstw atmosfery Patagonii, a kończy obrzędowym zjedzeniem precla.

Bohaterem jest małomiasteczkowy iluzjonista, który bez większego powodzenia usiłuje wyciągnąć królikowi z gardła cylinder z jakim nieszczęsne zwierzę przyszło na świat. Zniechęcony wysokimi podatkami od zwierząt futerkowych udaje się w podróż do Hondurasu, gdzie trafia na piętnaście lat do więzienia za płukanie gardła po dwudziestej drugiej.

W trakcie odsiadywania wyroku poznaje współwięźnia, angielskiego miłośnika futbolu nazwiskiem George Pickup. Dżentelmen ten w Hondurasie znalazł się po otrzymaniu azylu o jaki prosił dla swej nowej, granatowej marynarki oklejonej wełnopodobną wykładziną. Jakim cudem trafił do więzienia, o tym nic nie wspomina ani on, ani autor, ani wydawca książki, chociaż jej cena może rzucać pewne światło. Jego niekończące się rozmowy z iluzjonistą o piłce nożnej wypełniają niemal wszystkie pozostałe strony powieści z wyjątkiem, gdy jeden z nich coś wspomina o zatargu jaki miał z kukłą Rubinsteina na spływie kajakowym w Malezji. Rzecz się działa w momencie, kiedy na chwilę jego kanoe obróciło się do góry dnem. Oto ten błyskotliwy fragment:

— Żebyś wiedział.

— No, tak.

— Tak, właśnie.

— Masz jeszcze szluga?

Dialogi te przeplatane są relacją z rozgrywanego meczu miejscowej pierwszej ligi. Oryginalnym pomysłem jest komentarz walki dwóch drużyn piłkarskich, jakie spotkały się w rozgrywkach by uczcić pamięć 90 osób, które zmarły w przeddzień meczu w różnych częściach kraju. Po 90 minutach milczenia sędzia zarządził dogrywkę.

W czasie ostatniej półgodziny arbiter pokazuje kilka żółtych kartek za szepty na boisku a gadającego do siebie bramkarza wyklucza z meczu, po czym wymienia się koszulką z lądującym nowym rekordzistą przelotu balonem. Rozeźleni kibice wpadają na murawę i plenią cały szczypiorek na polu karnym przeciwnika.

Ta scena przypomina nieco zakończenie POD ŻAGLAMI „LISZAJA” i uderza precyzją użytych spółgłosek. Warto przy tym zwrócić uwagę na bardzo skuteczny sposób wykropkowania w tym fragmencie wszystkich wulgaryzmów. Zwrot „....... ...” należy do najbardziej czytelnych. Autor miał podobno zamiar wykropkować wszystkie zdania nadrzędne w powieści, ale poprzestał tylko na soczystych przekleństwach i kilku zdaniach o zespoleniu się w akcie płciowym dwóch krzeseł.

Psia krew Protéza (tytuł roboczy brzmiał „.... ....”), to nie tylko kolejny znakomity przykład prozy iberoamerykańskiej, ale również dowód na istnienie przemysłu papierniczego. Ta pozycja pozwoliła raz na zawsze zamknąć usta wszystkim niedowiarkom, choć pozostało jeszcze paru sceptyków, o czym wie już Święte Oficjum.

W ostatnim rozdziale Pickup zwierza się z odkrycia, jakiego dokonał jeszcze w swojej ojczyźnie. Dzięki specjalnemu optycznemu przyrządowi, który skonstruował, stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że słynna, problematyczna bramka uznana przez sędziego w finale piłkarskich mistrzostw świata Anglia–Niemcy w 1966 r. została strzelona nieprawidłowo. Przy okazji przyrząd ten wykazał, że nieprawidłowo strzelone zostały wszystkie gole w tym meczu.

Tym eksplodującym zakończeniem Protéz omal nie wywołał wojny futbolowej w Europie, którą ledwo zażegnała FIFA oświadczając, że dysponuje przyrządem pozwalającym obalić wszystkie wyniki przyrządu z powieści i dzięki któremu można udowodnić, że jej autor jest wrednym gnojkiem.

0.035413026809692