Wyprawa kajakiem wokół komina - vol 2
2

Dzień drugi.
Budzik pika o 6.00. Przespałem lekko licząc 10 godzin. Wogóle to chyba ci lekarze mają racje. Jak jestem na spływach, cały dzień popierdalam, a potem długo śpię, i rano wsuwam mięcho, warzywa i bułki - to czuje się świetnie. Im dłużej jestem w takim reżimie, tym lepiej. Znika gdzieś ta cywilizacyjna rozlazłość.
Dobra, wracam do tematu. Pakowanie i śniadanie idzie szybciutko. Nie ma za bardzo co zwijać, a kajak napomowany. O siódmej jestem na wodzie i mknę. Nad taflą jeszcze unosi się biały opar. Fajne odcinki bez zwałek. Pod mostem trasy Olkuskiej, wpadam na bystrze i przez chwile rzuca mocno. Parę minut później mam przeprawę pod mostem w Sławkowie. Tutaj wychodzę z kajaka i spławiam go górą. Dwa razy rozwaliłem tu ponton więc szkoda mi ryzykować. Dalej już na lajcie. Szeroka rzeka, bystry nurt, drzewa powycinane. Po prawej zabudowania Sławkowa, po lewej wał. Mijam przystań, przepływam pod kolejną kładką. Teraz znowu niebezpieczny kawałek. W nurcie zostały pale po starym moście, a zaraz przed palami jest zwężka. Woda kręci. A jeśli obróci i oprze o te pale, to w sekundzie kajak jest pod wodą. Mnie się udaje. Kajaczek jest dość długi i niepodatny na chwilowe wiry.
Znowu sielankowo turystyczny kawałek. Rzeka wprawdzie kręci, ale idzie się utrzymać w nurcie. Mijam domy na skarpie, stary most kolejowy i miejsce gdzie kónczą się krótsze spływy. Prosta, łuk i wpadam na kolejne bystrze pod mostem LHS (linia hutniczo siarkowa). Tutaj rzuca mocno przez jakieś 40m. Rzeka wpływa w rozległą kotlinę. Brzegi niskie, płaskie, ale mało przyjazne. Drzewa i krzaki rosną bardzo zwartym szpalerem. Trafia się zwałka. Z rozpędu napływam na drzewo, przebiegam na dziób i szarpiąc przeciągam łajbę na drugą stronę drzewa. Kiedyś się strasznie bałem że kajak tego nie wytrzyma, ale po na tym pancerniaku nawet śladu nie ma na dnie.
Znoswu zakręty. Potem prosty odcinek. Na brzegu listy, czasem sarny, i te kurwskie bobry co niszczą rzekę. Zwalonych drzew trochę jest, ale na szczęscie wszystko poprzycinane. Woda płynie i ja też płynę. Raz zatrzymuje się przy obiecuącym brzegu ale to co brałem za piaszczystą plażę jest grząskim mułem. Jem panzerfafle popijam wodą. Izotoników nie brałem bo na dwa dni w lesie nie ma po co. Po kilkunastu kilometrach trafiam na przepusty rurowe. To jedno z miejsc którego się obawiałem, bo cięzko wylądować żeby przenieść kajak. Koniec końców decyduje się na kurs przez rurę. Przlatuję przez nią elegancko.
Dolina w której płynie rzeka trochę się zwęża, i od lewej pojawiają się urokliwe skarpy. Piasek, choinki, śpiew ptaków.
Mijam kolejne pale wbite w rzeke, potem trochę zakrętów i trzy progi jeden po drugim. Zaraz za trzecim jest kładka. Płynę szybciej niż myślałem i w ostaniej chwili zdążam się położyć. Tyle że nie do końca i gopro które mialem na czole przyjmuje na siebie uderzenie o metalowa konstrukcję. No i nie mam już gopro. :( .
We łbie trochę szumi.
Pół kilometra dalej skręcam w Kanał Szczakowski i podpływam jakieś sto metrów w górę do plaży. Czas na czyszczenie kajaka z gałezi i mułu. W kanale woda jest krystalicznie czysta, ciepła, a dno piaszczyste. Ideolo.
Mam za sobą jakieś 20km i sześć godzin płynięcia i przenosek. Pozwalam sobie na godzinę drzemki na brzegu.
Drzemiąc, zastanawiam się co dalej. Mogę skonczyć za jakiś kilometr na przystani. Mam stąd przesiadkowe połączenie do domu.
Decyduje się płynąć dalej. Wiosełkuję, mijam przystań, trawiam pod most kolei Warszawa-Wiedeń. Tu muszę wysiąść i spławiąc kajak po skośnym progu.
Teraz mam chyba najniebezpieczniejszy moment. Rzeka jest przegrodzona murem, a nurt biegnie przez budynek przedwojennego kolektora wody. Ryzyko jak uj, bo nurt tam zapier.. jak porąbany, a całe okno kolektora ma dwa metry i nawis pół metra nad wodą. Jak się położę to nie wykieruję, jak siądę to znowu walnę głową, a nie mam drugiej kamery która zamortyzowałaby wstrząs. Z kolei przeniesienie kajaka prze mur nie wchodzi w gre, bo nikt o schodkach nie pomyślał.

0.039791822433472