2 LATA OBECNEGO RZĄDU – Przegląd Sukcesów z Krainy Absurdu
Dzisiaj 13 grudnia, więc wszędzie pierdololo o "sukcesach rządu". I takie małe podsumowanie co dzisiaj we wszystkich programach uśmiechnięta koalicja nazywa „sukcesami”.
Mały spoiler: wygląda to trochę jak notatnik po imprezie integracyjnej, czyli kilka zdań bez sensu, trzy rysunki kutasa, dwa zadania bez wykonania i podpis „... ważne, że pis nie rządzi”.
Zaczynamy potężnym klasykiem: zasiłek pogrzebowy.
Rząd podnosi świadczenie, a branża pogrzebowa w tym samym miesiącu zapowiada podwyżkę ceny o identyczną kwotę.
Zero netto dla obywatela, 100% zysk dla branży.
To jest najbardziej polska pomoc, jaką można sobie wyobrazić:
„Masz pieniądze, ale i tak ich nie masz.”
Ekonomiczny escape room, z którego nikt nie wychodzi żywy w przenośni i dosłownie.
Potem wchodzi reforma pracy w wersji RPG, czyli zakaz używania płci w ogłoszeniach.
Bo przecież polski rynek pracy nie potrzebuje wyższych płac, mniej umów śmieciowych, jasnych przepisów czy stabilności.
Nie, największym problemem Polski jest słowo „kasjer”.
I tak powstaje nowe, rządowo certyfikowane ogłoszenie:
„Poszukujemy osoby wykonującej czynność sprzedażową, w ramach realizacji zadań sprzedażniczych, w środowisku sprzedażętnym. Wymagania: istnienie.”
W administracji w tym czasie rozkwita religia nowych struktur: rady, zespoły, komitety, podkomitety zespołów ds. koordynacji współpracy komitetów.
Gmachy pełne ludzi, którzy spotykają się po to, by ustalić termin kolejnego spotkania.
Efekt końcowy: piękny protokół i zero zmian.
Następnie następuje ukochany przez państwo sport narodowy: zmienianie nazw urzędów.
Służba zdrowia umiera, mieszkania droższe niż złoto, podatki przypominają sudoku dla sadystów — ale spoko, rząd wymieni tabliczkę i powie, że to reforma.
Pilotaże dla 200 osób wrzucane jako reformy to już kategoria kabaretowa. To jakby rząd zrobił jedną ścieżkę rowerową w lesie i ogłosił, że mamy drugą Holandię.
PDF-y.
PDF-y to jest polski odpowiednik robienia formy na lato:
dużo planów, zero wykonania.
Powstaje dokument na 320 stron, napchany takim gównopierdoleniem, że można by nim ogłosić niepodległość od zdrowego rozsądku. W środku trzy wykresy zerżnięte z Wikipedii, tabelka „wdrożenie: TBD” czyli w praktyce „wsadźcie to sobie w dupę, i tak nic z tego nie będzie”.
Na konferencji wygląda to tak „profesjonalnie”, że można by tym podstemplować budżet państwa, podpierać drzwi w kancelarii i nikt by nie zauważył, że to bezużyteczny klocek tekstu bez jednego realnego działania.
TVP?
Niegdyś tuba propagandowa, dziś Ultra-Tuba 9000 Turbo Max.
Włączasz, a moc przekazu jest taka, że mógłby posłużyć jako alternatywne źródło energii, gdyby nie fakt, że wysysa rozum z otoczenia.
Mały spoiler: wygląda to trochę jak notatnik po imprezie integracyjnej, czyli kilka zdań bez sensu, trzy rysunki kutasa, dwa zadania bez wykonania i podpis „... ważne, że pis nie rządzi”.
Zaczynamy potężnym klasykiem: zasiłek pogrzebowy.
Rząd podnosi świadczenie, a branża pogrzebowa w tym samym miesiącu zapowiada podwyżkę ceny o identyczną kwotę.
Zero netto dla obywatela, 100% zysk dla branży.
To jest najbardziej polska pomoc, jaką można sobie wyobrazić:
„Masz pieniądze, ale i tak ich nie masz.”
Ekonomiczny escape room, z którego nikt nie wychodzi żywy w przenośni i dosłownie.
Potem wchodzi reforma pracy w wersji RPG, czyli zakaz używania płci w ogłoszeniach.
Bo przecież polski rynek pracy nie potrzebuje wyższych płac, mniej umów śmieciowych, jasnych przepisów czy stabilności.
Nie, największym problemem Polski jest słowo „kasjer”.
I tak powstaje nowe, rządowo certyfikowane ogłoszenie:
„Poszukujemy osoby wykonującej czynność sprzedażową, w ramach realizacji zadań sprzedażniczych, w środowisku sprzedażętnym. Wymagania: istnienie.”
W administracji w tym czasie rozkwita religia nowych struktur: rady, zespoły, komitety, podkomitety zespołów ds. koordynacji współpracy komitetów.
Gmachy pełne ludzi, którzy spotykają się po to, by ustalić termin kolejnego spotkania.
Efekt końcowy: piękny protokół i zero zmian.
Następnie następuje ukochany przez państwo sport narodowy: zmienianie nazw urzędów.
Służba zdrowia umiera, mieszkania droższe niż złoto, podatki przypominają sudoku dla sadystów — ale spoko, rząd wymieni tabliczkę i powie, że to reforma.
Pilotaże dla 200 osób wrzucane jako reformy to już kategoria kabaretowa. To jakby rząd zrobił jedną ścieżkę rowerową w lesie i ogłosił, że mamy drugą Holandię.
PDF-y.
PDF-y to jest polski odpowiednik robienia formy na lato:
dużo planów, zero wykonania.
Powstaje dokument na 320 stron, napchany takim gównopierdoleniem, że można by nim ogłosić niepodległość od zdrowego rozsądku. W środku trzy wykresy zerżnięte z Wikipedii, tabelka „wdrożenie: TBD” czyli w praktyce „wsadźcie to sobie w dupę, i tak nic z tego nie będzie”.
Na konferencji wygląda to tak „profesjonalnie”, że można by tym podstemplować budżet państwa, podpierać drzwi w kancelarii i nikt by nie zauważył, że to bezużyteczny klocek tekstu bez jednego realnego działania.
TVP?
Niegdyś tuba propagandowa, dziś Ultra-Tuba 9000 Turbo Max.
Włączasz, a moc przekazu jest taka, że mógłby posłużyć jako alternatywne źródło energii, gdyby nie fakt, że wysysa rozum z otoczenia.
Ale to dopiero połowa cyrku.
Bo jak spojrzysz na resztę „sukcesów”, to zaczynasz się zastanawiać, czy to jest rząd, czy grupa rekonstrukcyjna PRL-u po dopalaczach.
W mieszkaniówce mamy „strategię poprawy dostępności”, która poprawia dostępność jedynie… PDF-u o poprawie dostępności.
Ceny mieszkań lecą w kosmos, rynek wynajmu to wolna amerykanka, młodzi mają do wyboru:
– kredyt na 30 lat,
– albo spleśniały pokój po studencie informatyki,
a rząd mówi:
„Proszę państwa, opracowaliśmy model wielopoziomowego wsparcia mieszkalnego”.
Model, który działa tak samo, jak model samolotu z papieru: ładnie wygląda, dopóki nie rzucisz go w powietrze.
W ochronie zdrowia jest jeszcze lepiej.
Kolejki rosną szybciej niż ceny paliwa, lekarzy brakuje, a system wygląda jak symulacja prowadzona na Commodore 64.
Ale rząd mówi, że wszystko jest okej, bo:
„podnieśliśmy wybrane wskaźniki ilościowe”.
Tak, wskaźnik ilości ludzi w kolejce właśnie osiągnął rekord świata.
W podatkach panuje filozofia „jak się obywatel nie pogubi, to dodajmy nowy formularz”.
Reforma goni reformę, a każda jest wyjaśniona w materiałach w stylu:
„Aby złożyć PIT, proszę pobrać PIT-uściślenie do PIT-uściślenia PIT-uściśleń, a następnie złożyć go do właściwego urzędu, który jeszcze nie istnieje, ale będzie istniał od przyszłej środy.”
W edukacji jest już tylko desperacja.
Podstawy programowe zmieniane są jak skarpetki: co chwilę, bez sensu i bez planu.
Nauczyciele wykruszeni, uczniowie zamęczeni, a rząd ogłasza sukces w postaci „pilotażu innowacyjnej metody uczenia analizy tekstu w dwóch szkołach”.
W dwóch.
Na 20 tysięcy.
To tak, jakbyś przetestował nowe metro na długości jednej stacji i ogłosił, że zmieniłeś transport w całej Polsce. No ale podwyżki dali...
Rynek energii?
To jakby ktoś grał w SimCity, ale zapomniał, że prąd w realnym świecie nie pojawia się jak z cheatów.
Jednego dnia ogłaszają elektrownię atomową, drugiego dnia mówią, że potrzebna jest jeszcze strategia, trzeciego tworzą nową radę ds. monitorowania strategii, a czwartego wciąż nie ma nawet łopaty wbitej w ziemię.
A na deser NFZ — szpitale zamykają się jeden po drugim, oddziały wiszą na ostatniej nitce, kolejki rosną jak chwasty, a ludzie odbijają się od systemu jak od ściany z betonu. Służba zdrowia ledwo zipie, ale w przekazie dnia wszystko działa „lepiej niż kiedykolwiek”.
W tym samym czasie premier organizuje swoje „spontaniczne” spotkanie z barberem, który zaczepia go na Instagramie, jakby to miało rozwiązać chociaż jeden z realnych problemów.
Dziennikarze prorządowi gimnastykują się tak, że powinni za to dostawać medale olimpijskie. Wciskają ludziom, że jest świetnie, że nigdy lepiej nie było, że trudności to tylko „percepcja i wina pisu”, a nie fakty czy nieudolność tego rządu. Jakby żyli w jakiejś równoległej rzeczywistości, gdzie wszystko świeci i pachnie sukcesem.
I wtedy zostajesz ty.
Zwykły człowiek, który widzi te ceny, te kolejki, te zamykane szpitale, te puste obietnice, te gówniane konferencje o niczym.
Siedzisz jak ten pies z mema.
Wszystko wokół płonie.
Każdy dzień przynosi kolejny absurd.
A telewizor i politycy mówią ci, że „jest dobrze”.
Ja pier-do-le.
Wypierdalam.
Bo jak spojrzysz na resztę „sukcesów”, to zaczynasz się zastanawiać, czy to jest rząd, czy grupa rekonstrukcyjna PRL-u po dopalaczach.
W mieszkaniówce mamy „strategię poprawy dostępności”, która poprawia dostępność jedynie… PDF-u o poprawie dostępności.
Ceny mieszkań lecą w kosmos, rynek wynajmu to wolna amerykanka, młodzi mają do wyboru:
– kredyt na 30 lat,
– albo spleśniały pokój po studencie informatyki,
a rząd mówi:
„Proszę państwa, opracowaliśmy model wielopoziomowego wsparcia mieszkalnego”.
Model, który działa tak samo, jak model samolotu z papieru: ładnie wygląda, dopóki nie rzucisz go w powietrze.
W ochronie zdrowia jest jeszcze lepiej.
Kolejki rosną szybciej niż ceny paliwa, lekarzy brakuje, a system wygląda jak symulacja prowadzona na Commodore 64.
Ale rząd mówi, że wszystko jest okej, bo:
„podnieśliśmy wybrane wskaźniki ilościowe”.
Tak, wskaźnik ilości ludzi w kolejce właśnie osiągnął rekord świata.
W podatkach panuje filozofia „jak się obywatel nie pogubi, to dodajmy nowy formularz”.
Reforma goni reformę, a każda jest wyjaśniona w materiałach w stylu:
„Aby złożyć PIT, proszę pobrać PIT-uściślenie do PIT-uściślenia PIT-uściśleń, a następnie złożyć go do właściwego urzędu, który jeszcze nie istnieje, ale będzie istniał od przyszłej środy.”
W edukacji jest już tylko desperacja.
Podstawy programowe zmieniane są jak skarpetki: co chwilę, bez sensu i bez planu.
Nauczyciele wykruszeni, uczniowie zamęczeni, a rząd ogłasza sukces w postaci „pilotażu innowacyjnej metody uczenia analizy tekstu w dwóch szkołach”.
W dwóch.
Na 20 tysięcy.
To tak, jakbyś przetestował nowe metro na długości jednej stacji i ogłosił, że zmieniłeś transport w całej Polsce. No ale podwyżki dali...
Rynek energii?
To jakby ktoś grał w SimCity, ale zapomniał, że prąd w realnym świecie nie pojawia się jak z cheatów.
Jednego dnia ogłaszają elektrownię atomową, drugiego dnia mówią, że potrzebna jest jeszcze strategia, trzeciego tworzą nową radę ds. monitorowania strategii, a czwartego wciąż nie ma nawet łopaty wbitej w ziemię.
A na deser NFZ — szpitale zamykają się jeden po drugim, oddziały wiszą na ostatniej nitce, kolejki rosną jak chwasty, a ludzie odbijają się od systemu jak od ściany z betonu. Służba zdrowia ledwo zipie, ale w przekazie dnia wszystko działa „lepiej niż kiedykolwiek”.
W tym samym czasie premier organizuje swoje „spontaniczne” spotkanie z barberem, który zaczepia go na Instagramie, jakby to miało rozwiązać chociaż jeden z realnych problemów.
Dziennikarze prorządowi gimnastykują się tak, że powinni za to dostawać medale olimpijskie. Wciskają ludziom, że jest świetnie, że nigdy lepiej nie było, że trudności to tylko „percepcja i wina pisu”, a nie fakty czy nieudolność tego rządu. Jakby żyli w jakiejś równoległej rzeczywistości, gdzie wszystko świeci i pachnie sukcesem.
I wtedy zostajesz ty.
Zwykły człowiek, który widzi te ceny, te kolejki, te zamykane szpitale, te puste obietnice, te gówniane konferencje o niczym.
Siedzisz jak ten pies z mema.
Wszystko wokół płonie.
Każdy dzień przynosi kolejny absurd.
A telewizor i politycy mówią ci, że „jest dobrze”.
Ja pier-do-le.
Wypierdalam.