Kurla 2137 lat temu to bylo.
Historia sprzed 2137 lat – czyli jak Rzymianie pierwszy raz zderzyli się z germańskim „wpierdolem historii”
Rok mniej więcej 112 p.n.e. – czyli dokładnie jakieś 2137 lat temu.
Rzym siedzi sobie spokojnie, senatorzy żrą winogrona, piją wino, filozofują i generalnie mają przekonanie, że są największymi kozakami świata.
No bo w sumie trochę byli – pół basenu Morza Śródziemnego już mieli w kieszeni.
I nagle gdzieś z północy zaczynają dochodzić dziwne informacje.
— „Panie konsulu… jakieś wielkie plemiona idą z północy.”
— „Jakie plemiona?”
— „No takie… wielkie chłopy, włochate, z toporami.”
— „Spokojnie. Wyślemy legion. Załatwią temat.”
Tylko że ci ludzie z północy to nie byli jacyś przypadkowi dzicy.
To były całe wędrujące narody – między innymi Cymbrowie i Teutoni.
I oni nie przyszli na pogawędkę.
Oni przyszli, bo szukali nowych ziem, a po drodze stwierdzili, że jeśli ktoś stanie im na drodze…
to po prostu dostanie toporem w łeb.
Rok mniej więcej 112 p.n.e. – czyli dokładnie jakieś 2137 lat temu.
Rzym siedzi sobie spokojnie, senatorzy żrą winogrona, piją wino, filozofują i generalnie mają przekonanie, że są największymi kozakami świata.
No bo w sumie trochę byli – pół basenu Morza Śródziemnego już mieli w kieszeni.
I nagle gdzieś z północy zaczynają dochodzić dziwne informacje.
— „Panie konsulu… jakieś wielkie plemiona idą z północy.”
— „Jakie plemiona?”
— „No takie… wielkie chłopy, włochate, z toporami.”
— „Spokojnie. Wyślemy legion. Załatwią temat.”
Tylko że ci ludzie z północy to nie byli jacyś przypadkowi dzicy.
To były całe wędrujące narody – między innymi Cymbrowie i Teutoni.
I oni nie przyszli na pogawędkę.
Oni przyszli, bo szukali nowych ziem, a po drodze stwierdzili, że jeśli ktoś stanie im na drodze…
to po prostu dostanie toporem w łeb.
Bitwa pod Noreią – moment, gdy Rzym pierwszy raz powiedział „o kurwa…”
Rzym wysłał armię, żeby pokazać tym północnym typom gdzie ich miejsce.
Rzymski dowódca prawdopodobnie myślał coś w stylu:
„No dobra chłopaki, pokażemy tym barbarzyńcom jak wygląda prawdziwa armia.”
Tyle że kiedy legiony zobaczyły nadchodzącą masę kilkudziesięciu tysięcy wielkich gości z brodami, tarczami i toporami, to atmosfera zrobiła się trochę mniej pewna siebie.
I wtedy wydarzyło się coś, czego Rzym się kompletnie nie spodziewał.
Rzymianie dostali wpierdol.
Nie taki mały.
Taki porządny, historyczny.
Armia rzymska została rozbita, a barbarzyńcy ruszyli dalej przez Europę jak żywy walec.
Rzym wysłał armię, żeby pokazać tym północnym typom gdzie ich miejsce.
Rzymski dowódca prawdopodobnie myślał coś w stylu:
„No dobra chłopaki, pokażemy tym barbarzyńcom jak wygląda prawdziwa armia.”
Tyle że kiedy legiony zobaczyły nadchodzącą masę kilkudziesięciu tysięcy wielkich gości z brodami, tarczami i toporami, to atmosfera zrobiła się trochę mniej pewna siebie.
I wtedy wydarzyło się coś, czego Rzym się kompletnie nie spodziewał.
Rzymianie dostali wpierdol.
Nie taki mały.
Taki porządny, historyczny.
Armia rzymska została rozbita, a barbarzyńcy ruszyli dalej przez Europę jak żywy walec.
Panika w Rzymie
Wieści docierają do Rzymu.
Senatorzy w senacie:
— „Jak to przegraliśmy?”
— „No normalnie… przegraliśmy.”
— „Z kim?”
— „Z jakimiś wielkimi blond typami z północy.”
— „Ile ich jest?”
— „Dużo.”
W tym momencie wielu Rzymian prawdopodobnie pomyślało dokładnie to samo:
„Kurwa… oni mogą tu naprawdę dojść.”
I wcale nie była to paranoja.
Bo przez następne lata te plemiona rozjeżdżały kolejne armie rzymskie, a imperium naprawdę zaczęło się bać, że wszystko może się posypać.
Wojna, która prawie rozwaliła Rzym
To był dopiero początek wielkich wojen z ludami północy.
Przez następne lata:
kolejne rzymskie armie dostawały po głowie
całe regiony były niszczone
Rzym był coraz bliżej katastrofy
W pewnym momencie sytuacja była tak zła, że Rzym musiał oddać dowodzenie jednemu z najlepszych dowódców swojej historii – Gajuszowi Mariuszowi.
I dopiero on, po latach chaosu, w końcu rozbił Cymbrów i Teutonów.
Ale wszystko zaczęło się właśnie wtedy
Od jednego momentu.
Od tego dnia, gdy 2137 lat temu
Rzym pierwszy raz zderzył się z plemionami germańskimi i nagle zrozumiał jedną rzecz:
że gdzieś tam na północy żyją ludzie, którzy kompletnie nie przejmują się rzymską potęgą.
I od tego momentu zaczęła się kilkusetletnia historia wojen Rzymu z Germanami.
Historia, która później doprowadzi m.in. do jednej z największych katastrof Rzymu – bitwy w Lesie Teutoburskim.
Ale to już zupełnie inna historia.
Wieści docierają do Rzymu.
Senatorzy w senacie:
— „Jak to przegraliśmy?”
— „No normalnie… przegraliśmy.”
— „Z kim?”
— „Z jakimiś wielkimi blond typami z północy.”
— „Ile ich jest?”
— „Dużo.”
W tym momencie wielu Rzymian prawdopodobnie pomyślało dokładnie to samo:
„Kurwa… oni mogą tu naprawdę dojść.”
I wcale nie była to paranoja.
Bo przez następne lata te plemiona rozjeżdżały kolejne armie rzymskie, a imperium naprawdę zaczęło się bać, że wszystko może się posypać.
Wojna, która prawie rozwaliła Rzym
To był dopiero początek wielkich wojen z ludami północy.
Przez następne lata:
kolejne rzymskie armie dostawały po głowie
całe regiony były niszczone
Rzym był coraz bliżej katastrofy
W pewnym momencie sytuacja była tak zła, że Rzym musiał oddać dowodzenie jednemu z najlepszych dowódców swojej historii – Gajuszowi Mariuszowi.
I dopiero on, po latach chaosu, w końcu rozbił Cymbrów i Teutonów.
Ale wszystko zaczęło się właśnie wtedy
Od jednego momentu.
Od tego dnia, gdy 2137 lat temu
Rzym pierwszy raz zderzył się z plemionami germańskimi i nagle zrozumiał jedną rzecz:
że gdzieś tam na północy żyją ludzie, którzy kompletnie nie przejmują się rzymską potęgą.
I od tego momentu zaczęła się kilkusetletnia historia wojen Rzymu z Germanami.
Historia, która później doprowadzi m.in. do jednej z największych katastrof Rzymu – bitwy w Lesie Teutoburskim.
Ale to już zupełnie inna historia.
Katastrofa Niedielina (1960): piekło na Bajkonurze i trzydziestoletnia zmowa milczenia
To wydarzenie, znane w historiografii jako katastrofa Niedielina, stanowi najczarniejszą kartę w dziejach światowej inżynierii rakietowej. 24 października 1960 roku na kosmodromie Bajkonur (wówczas ściśle tajnym poligonie Tyuratam) doszło do eksplozji międzykontynentalnej rakiety balistycznej R-16. W ułamku sekundy dumny symbol radzieckiej potęgi militarnej zamienił się w ognisty grobowiec dla elity inżynierskiej Związku Radzieckiego. Przez trzy dekady Kreml utrzymywał, że marszałek Mitrofan Niedielin zginął w wypadku lotniczym, podczas gdy w rzeczywistości wyparował w centrum nuklearnego piekła, które sam, swą nieustępliwością, pomógł rozpętać.
Pod koniec lat 50. XX wieku Związek Radziecki, mimo sukcesów propagandowych Sputnika, znajdował się w głębokim defensywnym kryzysie strategicznym. Nikita Chruszczow publicznie groził Zachodowi, że ZSRR produkuje rakiety „jak parówki”, ale rzeczywistość była znacznie bardziej ponura. Istniejące systemy rakietowe, oparte na kriogenicznym ciekłym tlenie (jak słynna „siódemka” R-7 Siergieja Korolowa), wymagały wielogodzinnych przygotowań do startu i nie nadawały się do natychmiastowego uderzenia odwetowego. W obliczu rosnącej floty amerykańskich bombowców strategicznych i rozwijanych w USA programów Atlas i Titan, Moskwa potrzebowała nowej broni: rakiety, która mogłaby stać w silosie, w pełni zatankowana i gotowa do lotu w kilkanaście minut. Odpowiedzią na to zapotrzebowanie miał być projekt biura konstrukcyjnego Michaiła Jangiela – rakieta R-16 (w kodzie NATO oznaczona jako SS-7 Saddler).
R-16 była dwustopniowym gigantem o wysokości ponad 30 metrów, średnicy 3 metrów i masie startowej oscylującej wokół 141 ton. Jednak jej największym atutem, a zarazem przekleństwem, było paliwo. Jangiel, w przeciwieństwie do Korolowa, postawił na tzw. paliwa wysokwrzące (magazynowalne).
Silniki rakiety zasilane były przerażającą mieszanką:
- paliwo: niesymetryczna dimetylohydrazyna (UDMH).
- utleniacz: nasycony roztwór czterotlenku azotu w kwasie azotowym (AK-27I).
Substancje te tworzyły układ hipergolowy – zapalały się samoczynnie w momencie kontaktu, bez potrzeby iskry czy zapłonu. Były to związki skrajnie toksyczne i żrące. Technikom pracującym przy rakiecie wystarczył jeden wdech oparów, by doznać nieodwracalnego uszkodzenia płuc (obrzęku). W żargonie rakietowym paliwo to nazywano „diabelskim jadem”. Mimo to, pozwalało ono na utrzymywanie rakiety w gotowości bojowej przez dłuższy czas, co było kluczowe dla doktryny wojskowej ZSRR. Nad całym programem pieczę sprawował marszałek artylerii Mitrofan Niedielin, pierwszy dowódca Strategicznych Wojsk Rakietowych. Człowiek o żelaznej woli, bohater wojenny, który otrzymał od Chruszczowa jasny rozkaz: nowa rakieta ma być gotowa jako „prezent” na rocznicę rewolucji październikowej, przypadającą 7 listopada. Presja ta stała się bezpośrednim katalizatorem nadchodzącej tragedii.
R-16 była dwustopniowym gigantem o wysokości ponad 30 metrów, średnicy 3 metrów i masie startowej oscylującej wokół 141 ton. Jednak jej największym atutem, a zarazem przekleństwem, było paliwo. Jangiel, w przeciwieństwie do Korolowa, postawił na tzw. paliwa wysokwrzące (magazynowalne).
Silniki rakiety zasilane były przerażającą mieszanką:
- paliwo: niesymetryczna dimetylohydrazyna (UDMH).
- utleniacz: nasycony roztwór czterotlenku azotu w kwasie azotowym (AK-27I).
Substancje te tworzyły układ hipergolowy – zapalały się samoczynnie w momencie kontaktu, bez potrzeby iskry czy zapłonu. Były to związki skrajnie toksyczne i żrące. Technikom pracującym przy rakiecie wystarczył jeden wdech oparów, by doznać nieodwracalnego uszkodzenia płuc (obrzęku). W żargonie rakietowym paliwo to nazywano „diabelskim jadem”. Mimo to, pozwalało ono na utrzymywanie rakiety w gotowości bojowej przez dłuższy czas, co było kluczowe dla doktryny wojskowej ZSRR. Nad całym programem pieczę sprawował marszałek artylerii Mitrofan Niedielin, pierwszy dowódca Strategicznych Wojsk Rakietowych. Człowiek o żelaznej woli, bohater wojenny, który otrzymał od Chruszczowa jasny rozkaz: nowa rakieta ma być gotowa jako „prezent” na rocznicę rewolucji październikowej, przypadającą 7 listopada. Presja ta stała się bezpośrednim katalizatorem nadchodzącej tragedii.
We wrześniu 1960 roku pierwszy egzemplarz lotny R-16 dotarł na poligon w Tyuratam i został ustawiony na stanowisku startowym nr 41. Testy przebiegały w nerwowej atmosferze. 23 października, zaledwie dzień przed planowanym startem, doszło do pierwszego poważnego naruszenia bezpieczeństwa. Podczas testów elektrycznych technicy przez pomyłkę podali napięcie na zawory pirotechniczne, co spowodowało rozerwanie membran oddzielających paliwo od instalacji silnikowej w pierwszym stopniu. Toksyczne paliwo wdarło się do przewodów, a także zaczęło przeciekać, niszcząc uszczelki. Zgodnie z procedurami bezpieczeństwa i zdrowym rozsądkiem, taka sytuacja dyskwalifikowała rakietę do natychmiastowego startu. Należało spuścić paliwo (co samo w sobie było procesem niebezpiecznym), przepłukać system neutralizatorami i odesłać rakietę do fabryki w Dniepropietrowsku na generalny remont, który potrwałby tygodnie. To oznaczało jednak niedotrzymanie terminu rocznicy rewolucji. Marszałek Niedielin, będąc pod presją Kremla, zapytał inżynierów, czy usterkę da się naprawić na miejscu. Mimo oporów części specjalistów, podjęto fatalną decyzję: rakieta zostaje na wyrzutni, w pełni zatankowana, a naprawy – w tym wymiana elementów pirotechnicznych i lutowanie elektroniki – będą prowadzone na „żywej bombie”.
Ranek 24 października powitał ekipę na stanowisku 41 chłodem stepu i gorączkową krzątaniną. Wokół rakiety, która syczała i parowała (wycieki kwasu azotowego były widoczne gołym okiem), zgromadził się tłum ludzi. Zamiast minimalnej obsady niezbędnej do przeprowadzenia procedur, na platformach serwisowych i wokół podstawy rakiety przebywało od 150 do 250 osób. Byli tam wszyscy: inżynierowie z biur konstrukcyjnych, technicy dokonujący ostatnich poprawek, oficerowie nadzoru, a także partyjni notable i generałowie, którzy przybyli, by być świadkami historycznego sukcesu. Marszałek Niedielin, chcąc dać przykład odwagi i uspokoić zdenerwowaną załogę, kazał przynieść sobie krzesełko. Usiadł zaledwie kilkanaście metrów od rakiety, w strefie zerowej, ostentacyjnie paląc papierosy i popędzając prace. Jego obecność paraliżowała oficerów bezpieczeństwa – nikt nie śmiał zarządzić ewakuacji zbędnego personelu.
Ranek 24 października powitał ekipę na stanowisku 41 chłodem stepu i gorączkową krzątaniną. Wokół rakiety, która syczała i parowała (wycieki kwasu azotowego były widoczne gołym okiem), zgromadził się tłum ludzi. Zamiast minimalnej obsady niezbędnej do przeprowadzenia procedur, na platformach serwisowych i wokół podstawy rakiety przebywało od 150 do 250 osób. Byli tam wszyscy: inżynierowie z biur konstrukcyjnych, technicy dokonujący ostatnich poprawek, oficerowie nadzoru, a także partyjni notable i generałowie, którzy przybyli, by być świadkami historycznego sukcesu. Marszałek Niedielin, chcąc dać przykład odwagi i uspokoić zdenerwowaną załogę, kazał przynieść sobie krzesełko. Usiadł zaledwie kilkanaście metrów od rakiety, w strefie zerowej, ostentacyjnie paląc papierosy i popędzając prace. Jego obecność paraliżowała oficerów bezpieczeństwa – nikt nie śmiał zarządzić ewakuacji zbędnego personelu.
Około godziny 18:45 czasu lokalnego, 30 minut przed planowanym startem, ogłoszono 30-minutową gotowość. System sterowania rakiety wciąż jednak sprawiał problemy. Głównym winowajcą okazał się programowy rozdzielacz prądu (PTR) – elektromechaniczne urządzenie, które sekwencyjnie włączało poszczególne systemy rakiety podczas lotu. Po incydencie z dnia poprzedniego, rozdzielacz znajdował się w pozycji „po starcie”. Aby przygotować rakietę do lotu, należało go zresetować do pozycji zerowej. Jednakże, ze względu na pośpiech i prowizoryczne okablowanie, systemy bezpieczeństwa blokujące zapłon silników nie były aktywne. Gdy technik w bunkrze sterowania wydał komendę resetowania rozdzielacza, przesuwające się styki urządzenia zamknęły obwód zapłonowy silników drugiego stopnia. Była to tragiczna pomyłka projektowa – system zinterpretował reset jako sygnał do uruchomienia silników marszowych drugiego stopnia, mimo że rakieta wciąż stała na ziemi.
To, co nastąpiło później, trwało zaledwie sekundy, ale skutki były apokaliptyczne. Silnik drugiego stopnia uruchomił się pełną mocą. Jego dysze skierowane były bezpośrednio na zbiornik utleniacza pierwszego stopnia, znajdujący się tuż poniżej. Strumień ognia momentalnie przepalił ściany zbiornika pierwszego stopnia, tony kwasu azotowego i hydrazyny wymieszały się w niekontrolowany sposób wewnątrz kadłuba. Nastąpiła detonacja, która rozerwała rakietę na strzępy. Fala uderzeniowa i kula ognia o temperaturze 3000°C pochłonęły całe stanowisko startowe. Zautomatyzowane kamery filmowe, uruchomione automatycznie w momencie zapłonu, zarejestrowały przerażające sceny. Ludzie znajdujący się na pomostach serwisowych (tzw. "balkonach") przy górnej części rakiety nie mieli szans – zostali natychmiast spopieleni. Ci na dole, w tym marszałek Niedielin, zostali uderzeni ścianą ognia. Świadkowie, którzy cudem ocaleli na obrzeżach strefy, opisywali sylwetki ludzi wybiegających z ognia, płonących jak żywe pochodnie, którzy po kilku krokach upadali i nieruchomieli. Asfalt na placu startowym natychmiast się stopił, wiążąc uciekających w lepkiej, wrzącej mazi. Ci, którzy nie spłonęli od razu, dusili się toksycznymi oparami dimetylohydrazyny i kwasu azotowego, które utworzyły gęstą, trującą mgłę nad całym sektorem. Michaił Jangiel, główny konstruktor, ocalał tylko dzięki nałogowi. Chwilę przed wybuchem odszedł wraz z kilkoma współpracownikami do palarni za bunkier, by zapalić papierosa. Gdy usłyszeli huk, było już po wszystkim. Jangiel rzucił się w stronę płomieni, musiano go siłą powstrzymywać przed wejściem w ogień.
To, co nastąpiło później, trwało zaledwie sekundy, ale skutki były apokaliptyczne. Silnik drugiego stopnia uruchomił się pełną mocą. Jego dysze skierowane były bezpośrednio na zbiornik utleniacza pierwszego stopnia, znajdujący się tuż poniżej. Strumień ognia momentalnie przepalił ściany zbiornika pierwszego stopnia, tony kwasu azotowego i hydrazyny wymieszały się w niekontrolowany sposób wewnątrz kadłuba. Nastąpiła detonacja, która rozerwała rakietę na strzępy. Fala uderzeniowa i kula ognia o temperaturze 3000°C pochłonęły całe stanowisko startowe. Zautomatyzowane kamery filmowe, uruchomione automatycznie w momencie zapłonu, zarejestrowały przerażające sceny. Ludzie znajdujący się na pomostach serwisowych (tzw. "balkonach") przy górnej części rakiety nie mieli szans – zostali natychmiast spopieleni. Ci na dole, w tym marszałek Niedielin, zostali uderzeni ścianą ognia. Świadkowie, którzy cudem ocaleli na obrzeżach strefy, opisywali sylwetki ludzi wybiegających z ognia, płonących jak żywe pochodnie, którzy po kilku krokach upadali i nieruchomieli. Asfalt na placu startowym natychmiast się stopił, wiążąc uciekających w lepkiej, wrzącej mazi. Ci, którzy nie spłonęli od razu, dusili się toksycznymi oparami dimetylohydrazyny i kwasu azotowego, które utworzyły gęstą, trującą mgłę nad całym sektorem. Michaił Jangiel, główny konstruktor, ocalał tylko dzięki nałogowi. Chwilę przed wybuchem odszedł wraz z kilkoma współpracownikami do palarni za bunkier, by zapalić papierosa. Gdy usłyszeli huk, było już po wszystkim. Jangiel rzucił się w stronę płomieni, musiano go siłą powstrzymywać przed wejściem w ogień.
Gdy pożar wreszcie ugaszono, widok był makabryczny. Konstrukcje wyrzutni były powyginane jak zapałki. Ciała ofiar były w większości nie do rozpoznania – zredukowane do zwęglonych kikutów lub dosłownie wtopione w metal i beton. Marszałka Niedielina zidentyfikowano jedynie po stopionej gwieździe Bohatera Związku Radzieckiego, zegarku i fragmencie pagonu munduru. Reszta jego ciała wyparowała.
Szacunki dotyczące liczby ofiar są rozbieżne:
- Oficjalna lista (utworzona dekady później) mówi o 74 osobach zmarłych na miejscu i w szpitalach.
- Borys Czertok, jeden z czołowych inżynierów radzieckich, w swoich wspomnieniach szacował liczbę ofiar na ponad 100, a nawet 126 osób.
- Wśród zabitych była elita inżynierska z biura OKB-586, wojskowi specjaliści z poligonu oraz zastępcy głównych konstruktorów.
Reakcja Moskwy była natychmiastowa i bezwzględna: całkowita blokada informacyjna. Chruszczow, po otrzymaniu raportu telefonicznego od wstrząśniętego Jangiela (który pytał: „Gdzie ja mam oczy, że sam nie zginąłem?”), nakazał utajnienie katastrofy. Oficjalny komunikat agencji TASS podał, że marszałek Niedielin zginął w katastrofie lotniczej. Aby uwiarygodnić tę wersję, zorganizowano mu pogrzeb z honorami na Placu Czerwonym, chowając urnę z symbolicznymi prochami w murze kremlowskim. Pozostałe ofiary pochowano potajemnie w zbiorowej mogile w parku miejskim w Leninsku (miasto obsługujące Bajkonur), a ich rodzinom powiedziano, że zginęli podczas „wykonywania obowiązków służbowych”, często z sugestią wypadków przy innych, mniej znaczących okazjach. Przez 29 lat prawda o katastrofie była jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic ZSRR. Wszyscy obecni na poligonie zostali zmuszeni do podpisania zobowiązań do milczenia. Dopiero w 1989 roku, na fali głasnosti, magazyn „Ogoniok” opublikował artykuł ujawniający faktyczny przebieg wydarzeń, a wstrząsające nagrania z kamer przemysłowych ujrzały światło dzienne.
Szacunki dotyczące liczby ofiar są rozbieżne:
- Oficjalna lista (utworzona dekady później) mówi o 74 osobach zmarłych na miejscu i w szpitalach.
- Borys Czertok, jeden z czołowych inżynierów radzieckich, w swoich wspomnieniach szacował liczbę ofiar na ponad 100, a nawet 126 osób.
- Wśród zabitych była elita inżynierska z biura OKB-586, wojskowi specjaliści z poligonu oraz zastępcy głównych konstruktorów.
Reakcja Moskwy była natychmiastowa i bezwzględna: całkowita blokada informacyjna. Chruszczow, po otrzymaniu raportu telefonicznego od wstrząśniętego Jangiela (który pytał: „Gdzie ja mam oczy, że sam nie zginąłem?”), nakazał utajnienie katastrofy. Oficjalny komunikat agencji TASS podał, że marszałek Niedielin zginął w katastrofie lotniczej. Aby uwiarygodnić tę wersję, zorganizowano mu pogrzeb z honorami na Placu Czerwonym, chowając urnę z symbolicznymi prochami w murze kremlowskim. Pozostałe ofiary pochowano potajemnie w zbiorowej mogile w parku miejskim w Leninsku (miasto obsługujące Bajkonur), a ich rodzinom powiedziano, że zginęli podczas „wykonywania obowiązków służbowych”, często z sugestią wypadków przy innych, mniej znaczących okazjach. Przez 29 lat prawda o katastrofie była jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic ZSRR. Wszyscy obecni na poligonie zostali zmuszeni do podpisania zobowiązań do milczenia. Dopiero w 1989 roku, na fali głasnosti, magazyn „Ogoniok” opublikował artykuł ujawniający faktyczny przebieg wydarzeń, a wstrząsające nagrania z kamer przemysłowych ujrzały światło dzienne.
Źródła:
https://www.russianspaceweb.com/r16_disaster.html
https://www.advantour.com/kazakhstan/baikonur-cosmodrome/nedelin-catastrophe.htm
https://sma.nasa.gov/news/safety-messages/safety-message-item/death-on-the-steppes
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC1881067/
https://www.thespacereview.com/article/4692/1
https://khg.kname.edu.ua/index.php/khg/article/view/6180
https://universemagazine.com/en/fiery-hell-and-death-from-the-sky-the-biggest-rocket-disasters-in-history/
https://arc.aiaa.org/doi/10.2514/6.2014-4180
https://www.mdpi.com/2306-5729/4/2/56/pdf?version=1557798373
https://www.russianspaceweb.com/r16_disaster.html
https://www.advantour.com/kazakhstan/baikonur-cosmodrome/nedelin-catastrophe.htm
https://sma.nasa.gov/news/safety-messages/safety-message-item/death-on-the-steppes
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC1881067/
https://www.thespacereview.com/article/4692/1
https://khg.kname.edu.ua/index.php/khg/article/view/6180
https://universemagazine.com/en/fiery-hell-and-death-from-the-sky-the-biggest-rocket-disasters-in-history/
https://arc.aiaa.org/doi/10.2514/6.2014-4180
https://www.mdpi.com/2306-5729/4/2/56/pdf?version=1557798373
