Wiedza
1 m
36
Katastrofa w dolinie Vajont pozostaje jedną z najlepiej udokumentowanych tragedii w historii inżynierii, o której z pełnym przekonaniem można powiedzieć, że została ogłoszona z wyprzedzeniem. Niemal każdy z kluczowych decydentów i naukowców zaangażowanych w projekt zdawał sobie sprawę, że gigantyczne osuwisko w końcu runie do sztucznego jeziora. Mimo to nikt nie podjął decyzji o trwałym wstrzymaniu inwestycji ani o wczesnej ewakuacji zagrożonej doliny. W ciągu kilkudziesięciu sekund, pod osłoną nocy 9 października 1963 roku, do zbiornika wdarło się od 260 do 270 milionów metrów sześciennych skał z góry Monte Toc. Niewyobrażalna masa wypchnęła wodę z siłą, która stworzyła potężną falę. Przewaliła się ona ponad koroną tamy, dosłownie zmiatając z powierzchni ziemi miasteczko Longarone oraz okoliczne wsie, odbierając życie około dwóm tysiącom osób. Co najbardziej paradoksalne, sama zapora – monumentalne dzieło człowieka – przetrwała ten kataklizm niemal nienaruszona.
Widok na wąwóz Vajont przed budową zapory w 1957 roku
Po zakończeniu II wojny światowej Włochy wkroczyły w okres gwałtownej industrializacji. Rosnące w lawinowym tempie zapotrzebowanie na energię elektryczną sprawiło, że góry na północy kraju stały się idealnym miejscem pod budowę potężnych elektrowni wodnych. Niezaprzeczalnym liderem w tym sektorze była prywatna spółka z Wenecji, Società Adriatica di Elettricità (SADE), kierowana przez wpływowego przemysłowca Giuseppiego Volpiego. Firma ta dysponowała znakomitymi powiązaniami z ówczesnymi elitami politycznymi, co miało niebagatelne znaczenie dla przeforsowania jej śmiałych wizji. W latach pięćdziesiątych inżynierowie SADE opracowali projekt jednej z najwyższych na świecie łukowych zapór betonowych. Budowlę zaplanowano w niezwykle wąskiej, głęboko wciętej w skały dolinie potoku Vajont, będącego dopływem rzeki Piave. Z inżynieryjnego punktu widzenia miejsce to pozwalało na wzniesienie imponującej konstrukcji przy stosunkowo niewielkim zużyciu materiału. Powstała zapora była arcydziełem cienkościennej architektury: przy wysokości 262 metrów i długości korony wynoszącej 190 metrów, jej grubość u szczytu wynosiła zaledwie 3,4 metra, a u podstawy około 22 metrów. Projekt forsowano jako dumny symbol nowoczesnych Włoch, obiecując tysiące miejsc pracy, energię dla całych regionów i ostateczne ujarzmienie potęgi gór. W oficjalnych dokumentach technicznych i propagandowych niemal całkowicie przemilczano jednak kwestię stabilności samej góry Monte Toc. Było to uderzające, zważywszy na fakt, że lokalni mieszkańcy od pokoleń nazywali to wzniesienie słowem „Toc”, co w miejscowym dialekcie oznaczało coś zepsutego, kruchego, odpadającego kawałkami. Ludzie żyjący w cieniu góry doskonale wiedzieli, że jej zbocza są chore i pełne blizn po dawnych osunięciach.
Kluczowy błąd całego przedsięwzięcia polegał na tym, że zapora, choć sama w sobie perfekcyjna, została wzniesiona w miejscu absolutnie do tego nieodpowiednim. Dolina Vajont przecina zbocza zbudowane ze złożonych serii skał osadowych: wapieni, margli oraz warstw gliniastych, ułożonych pochyło i poprzecinanych licznymi uskokami. Dla zrozumienia mechanizmu tragedii najważniejsze jest zjawisko tak zwanej paleofrany. Młody geolog Edoardo Semenza, będący prywatnie synem głównego projektanta zapory, odkrył podczas badań terenowych ślady starożytnego, prehistorycznego osuwiska. Tysiące lat wcześniej ogromna masa skał zasypała dolinę, a z czasem została wtopiona w krajobraz przez procesy erozji i narastającą roślinność. W 1960 roku Semenza sformułował przerażającą w skutkach hipotezę: niemal całe niższe zbocze Monte Toc to w rzeczywistości luźny pakiet osuwiskowy, gotowy w sprzyjających warunkach ponownie runąć w dół. Co więcej, w stoku znajdowały się warstwy gliny. Dla laika glina może wydawać się po prostu rodzajem ziemi, jednak w geologii, pod wpływem dużych ilości wody, zamienia się ona w doskonały smar. Woda z napełnianego zbiornika miała wnikać w szczeliny, natłuszczać gliniaste warstwy i stworzyć idealną powierzchnię poślizgu dla niewyobrażalnej masy skalnej.
Kluczowy błąd całego przedsięwzięcia polegał na tym, że zapora, choć sama w sobie perfekcyjna, została wzniesiona w miejscu absolutnie do tego nieodpowiednim. Dolina Vajont przecina zbocza zbudowane ze złożonych serii skał osadowych: wapieni, margli oraz warstw gliniastych, ułożonych pochyło i poprzecinanych licznymi uskokami. Dla zrozumienia mechanizmu tragedii najważniejsze jest zjawisko tak zwanej paleofrany. Młody geolog Edoardo Semenza, będący prywatnie synem głównego projektanta zapory, odkrył podczas badań terenowych ślady starożytnego, prehistorycznego osuwiska. Tysiące lat wcześniej ogromna masa skał zasypała dolinę, a z czasem została wtopiona w krajobraz przez procesy erozji i narastającą roślinność. W 1960 roku Semenza sformułował przerażającą w skutkach hipotezę: niemal całe niższe zbocze Monte Toc to w rzeczywistości luźny pakiet osuwiskowy, gotowy w sprzyjających warunkach ponownie runąć w dół. Co więcej, w stoku znajdowały się warstwy gliny. Dla laika glina może wydawać się po prostu rodzajem ziemi, jednak w geologii, pod wpływem dużych ilości wody, zamienia się ona w doskonały smar. Woda z napełnianego zbiornika miała wnikać w szczeliny, natłuszczać gliniaste warstwy i stworzyć idealną powierzchnię poślizgu dla niewyobrażalnej masy skalnej.
Zapora i jezioro na wysokości około 710 metrów (wrzesień 1963 r.)
Gdy spółka SADE postanowiła zwiększyć pojemność jeziora i podnieść planowany poziom piętrzenia wody, nawet główni eksperci firmy zaczęli odczuwać niepokój. Znany geolog Giorgio Dal Piaz pisał w prywatnej korespondencji, że nowe problemy każą mu drżeć ze strachu, choć ostatecznie pod presją zatwierdził projekt. Prace posuwały się naprzód nawet bez pełnej dokumentacji, a urzędnicy państwowi, którzy próbowali wstrzymać budowę z powodów bezpieczeństwa, byli błyskawicznie przenoszeni na inne stanowiska. Lęk narastał jednak wśród mieszkańców okolicznych wsi, takich jak Erto i Casso. Zaczęły pękać ściany ich domów, a z wnętrza góry dobiegały złowieszcze trzaski. Ich głos stał się słyszalny dzięki lewicowej dziennikarce Tinie Merlin, która na łamach prasy regularnie ostrzegała przed nadciągającą katastrofą. Reakcja władz i inwestora była bezwzględna. Za artykuły opisujące realne obawy ludzi dziennikarka została oskarżona o rozsiewanie fałszywych wiadomości i wywoływanie paniki. Choć ostatecznie sąd w Mediolanie ją uniewinnił, proces ten był wyraźnym sygnałem: ktokolwiek podważał bezpieczeństwo Vajont, stawał się wrogiem postępu i podlegał cenzurze.
Przełomowym momentem był rok 1960. Podczas pierwszego poważnego napełniania zbiornika, gdy woda osiągnęła głębokość około 180 metrów, na zboczu Monte Toc otworzyła się długa na dwa kilometry szczelina. Wkrótce potem niemal milion metrów sześciennych skał osunęło się do jeziora, wywołując dwumetrową falę. Był to jednoznaczny, alarmujący dowód na to, że góra reaguje gwałtownie na obecność wody i proces osuwiskowy został uruchomiony. Zamiast natychmiast uznać dolinę za nieodpowiednią i wstrzymać eksploatację, inżynierowie SADE, a po nacjonalizacji także państwowego koncernu ENEL, przekształcili zbocze w swoiste laboratorium. Przyjęto błędne założenie, że górą można sterować. Uważano, że naprzemienne podnoszenie i opuszczanie poziomu wody pozwoli kontrolować prędkość osuwania się stoku, zmuszając go do powolnego i bezpiecznego osiadania. Ignorowano przy tym fakt, że z każdym takim cyklem woda wnikała coraz głębiej, systematycznie osłabiając strukturę całej góry. Wybierano wyłącznie najbardziej optymistyczne scenariusze geologiczne, odrzucając te, które wskazywały na możliwość jednoczesnego zjazdu całej góry.
Wiosną i latem 1963 roku prędkość przesuwania się Monte Toc zaczęła drastycznie rosnąć. Początkowo były to milimetry dziennie, potem wartości skoczyły do kilku centymetrów, by na początku października osiągnąć przerażające 20 centymetrów na dobę. W przypadku ruchu tak gigantycznej masy skał, liczby te oznaczały wejście w fazę krytyczną, z której nie było już odwrotu. Dnia 9 października 1963 roku zbiornik był niemal pełny, a lustro wody znajdowało się zaledwie kilkadziesiąt metrów poniżej korony tamy. Tego samego dnia dyrektor budów wodnych pisał do kierownika prac list opisujący dramatyczne pęknięcia i przechyły drzew na stoku, kończąc go słowami: „Niech Bóg ma nas w swojej opiece”. Kadra kierownicza doskonale zdawała sobie sprawę z nieuchronności zdarzeń, wciąż jednak naiwnie licząc, że osuwisko zsunie się powoli i nie wywoła fali groźnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zarządzono natychmiastowej ewakuacji. Zamiast tego, uspokajające komunikaty wydawane przez lokalne władze skutecznie uśpiły czujność ludzi.
Przełomowym momentem był rok 1960. Podczas pierwszego poważnego napełniania zbiornika, gdy woda osiągnęła głębokość około 180 metrów, na zboczu Monte Toc otworzyła się długa na dwa kilometry szczelina. Wkrótce potem niemal milion metrów sześciennych skał osunęło się do jeziora, wywołując dwumetrową falę. Był to jednoznaczny, alarmujący dowód na to, że góra reaguje gwałtownie na obecność wody i proces osuwiskowy został uruchomiony. Zamiast natychmiast uznać dolinę za nieodpowiednią i wstrzymać eksploatację, inżynierowie SADE, a po nacjonalizacji także państwowego koncernu ENEL, przekształcili zbocze w swoiste laboratorium. Przyjęto błędne założenie, że górą można sterować. Uważano, że naprzemienne podnoszenie i opuszczanie poziomu wody pozwoli kontrolować prędkość osuwania się stoku, zmuszając go do powolnego i bezpiecznego osiadania. Ignorowano przy tym fakt, że z każdym takim cyklem woda wnikała coraz głębiej, systematycznie osłabiając strukturę całej góry. Wybierano wyłącznie najbardziej optymistyczne scenariusze geologiczne, odrzucając te, które wskazywały na możliwość jednoczesnego zjazdu całej góry.
Wiosną i latem 1963 roku prędkość przesuwania się Monte Toc zaczęła drastycznie rosnąć. Początkowo były to milimetry dziennie, potem wartości skoczyły do kilku centymetrów, by na początku października osiągnąć przerażające 20 centymetrów na dobę. W przypadku ruchu tak gigantycznej masy skał, liczby te oznaczały wejście w fazę krytyczną, z której nie było już odwrotu. Dnia 9 października 1963 roku zbiornik był niemal pełny, a lustro wody znajdowało się zaledwie kilkadziesiąt metrów poniżej korony tamy. Tego samego dnia dyrektor budów wodnych pisał do kierownika prac list opisujący dramatyczne pęknięcia i przechyły drzew na stoku, kończąc go słowami: „Niech Bóg ma nas w swojej opiece”. Kadra kierownicza doskonale zdawała sobie sprawę z nieuchronności zdarzeń, wciąż jednak naiwnie licząc, że osuwisko zsunie się powoli i nie wywoła fali groźnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zarządzono natychmiastowej ewakuacji. Zamiast tego, uspokajające komunikaty wydawane przez lokalne władze skutecznie uśpiły czujność ludzi.
Longarone po katastrofie.
O godzinie 22:39 sejsmografy odnotowały wstrząsy. Chwilę później ogromny fragment góry – powierzchnia licząca około dwa kilometry kwadratowe i objętość od 260 do 270 milionów metrów sześciennych skał i gruzu – oderwał się od stoku. Ta niewyobrażalna masa runęła wprost do jeziora, pędząc z prędkością od 90 do 110 kilometrów na godzinę. Cały proces trwał zaledwie 45 sekund. Skały zadziałały w wąskiej dolinie jak gigantyczny tłok w cylindrze. Masa osuwiska była ponad dwukrotnie większa niż ilość zgromadzonej wody. Wypchnięta z potężną siłą woda uderzyła w górę i na boki, tworząc trzy niszczycielskie fale. Pierwsza z nich ruszyła w górę zbiornika, niszcząc część wysoko położonych wsi Erto i Casso, gdzie zginęło co najmniej 158 osób. Druga uderzyła w przeciwległe zbocze, osiągając niewyobrażalną wysokość około 250 metrów powyżej poziomu jeziora. Trzecia, najbardziej śmiercionośna fala, przelała się ponad koroną tamy. Od 30 do 50 milionów metrów sześciennych wody (wedle różnych źródeł) runęło w dół, do doliny Piave.
Woda, niosąc ze sobą błoto, skały i połamane drzewa, pędziła wąskim wąwozem z prędkością rozpędzonego pociągu. Zjawisku temu towarzyszyła potężna, przypominająca huragan fala uderzeniowa powietrza, wypchniętego przez spadającą górę, która wyrywała drzewa i zrywała dachy na długo przed uderzeniem samej wody. W ciągu kilku minut miasteczko Longarone oraz osady Pirago, Rivalta, Villanova i Faè zostały dosłownie zrównane z ziemią do nagiej skały. Głębokość rwącej wody sięgała tam w krytycznym momencie od 60 do 70 metrów. Śpiący w swoich domach ludzie nie mieli najmniejszych szans na ucieczkę. Noc z 9 na 10 października upłynęła w całkowitych ciemnościach, pośród zerwanych linii energetycznych i zrujnowanej infrastruktury. Pierwsi ratownicy, którzy dotarli na miejsce o świcie, początkowo sądzili, że tama musiała pęknąć. Dopiero rano świat ze zdumieniem i grozą odkrył, że monumentalny, betonowy łuk zapory wciąż stoi, podczas gdy wszystko poniżej zamieniło się w cmentarzysko. W dramatycznej akcji ratunkowej kluczową rolę odegrały śmigłowce amerykańskiej armii stacjonujące we Włoszech, które zdołały ewakuować kilkaset osób z odciętych, górskich wiosek, ratując między innymi całą, liczącą prawie 500 osób społeczność jednej z osad.
Woda, niosąc ze sobą błoto, skały i połamane drzewa, pędziła wąskim wąwozem z prędkością rozpędzonego pociągu. Zjawisku temu towarzyszyła potężna, przypominająca huragan fala uderzeniowa powietrza, wypchniętego przez spadającą górę, która wyrywała drzewa i zrywała dachy na długo przed uderzeniem samej wody. W ciągu kilku minut miasteczko Longarone oraz osady Pirago, Rivalta, Villanova i Faè zostały dosłownie zrównane z ziemią do nagiej skały. Głębokość rwącej wody sięgała tam w krytycznym momencie od 60 do 70 metrów. Śpiący w swoich domach ludzie nie mieli najmniejszych szans na ucieczkę. Noc z 9 na 10 października upłynęła w całkowitych ciemnościach, pośród zerwanych linii energetycznych i zrujnowanej infrastruktury. Pierwsi ratownicy, którzy dotarli na miejsce o świcie, początkowo sądzili, że tama musiała pęknąć. Dopiero rano świat ze zdumieniem i grozą odkrył, że monumentalny, betonowy łuk zapory wciąż stoi, podczas gdy wszystko poniżej zamieniło się w cmentarzysko. W dramatycznej akcji ratunkowej kluczową rolę odegrały śmigłowce amerykańskiej armii stacjonujące we Włoszech, które zdołały ewakuować kilkaset osób z odciętych, górskich wiosek, ratując między innymi całą, liczącą prawie 500 osób społeczność jednej z osad.
To, co pozostało z dzwonnicy kościoła San Tomaso w Pirago di Longarone po katastrofie i co stało się symbolem tragedii.
Katastrofa pociągnęła za sobą około dwóch tysięcy ofiar, pozostawiając ocalałych z głęboką traumą, zespołem stresu pourazowego i zrujnowanym życiem. Niemal natychmiast po tragedii pojawiły się próby narzucenia wygodnej narracji. Władze oraz inwestorzy początkowo opisywali zdarzenie jako nieprzewidywalny kaprys natury, podkreślając jednocześnie jakość samej zapory, która przetrwała uderzenie. Śledztwa prokuratorskie oraz specjalne komisje bardzo szybko zaczęły jednak odsłaniać niewygodną prawdę. Zabezpieczone archiwa dowiodły, że kadra inżynierska i menedżerska od lat dysponowała danymi o potężnym zagrożeniu, systematycznie je bagatelizując, wybierając interpretacje minimalizujące ryzyko i ukrywając pełen obraz sytuacji przed państwowymi organami nadzoru. Ponadto wyszedł na jaw rażący konflikt interesów: naukowcy doradzający spółce SADE zasiadali jednocześnie w państwowych organach, które miały kontrolować jej działalność. Główny proces karny toczył się w L’Aquili, daleko od miejsca tragedii. W 1971 roku zapadły wyroki skazujące część menedżerów i urzędników za wielokrotne nieumyślne zabójstwo oraz doprowadzenie do przewidywalnej katastrofy. Kary były jednak stosunkowo łagodne, a ze względu na amnestie i przedawnienia, rodziny ofiar do dziś niosą w sobie poczucie niepełnej sprawiedliwości.
Widok na dolinę rzeki Vajont krótko po katastrofie z 9 października 1963 r. widoczne jest osuwisko
Źródła:
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC7175960/
https://damfailures.org/case-study/vajont-dam-italy-1963
https://servizio-nazionale.protezionecivile.gov.it/en/pagina-base/vajont-landslide/
https://waterhistory.online/wp-content/uploads/2023/11/Vajont_Publication_EN_website_final.pdf
https://fondazionevajont.org/wp-content/uploads/2024/10/Cronologia_inglese.pdf
https://nhess.copernicus.org/articles/10/865/2010/nhess-10-865-2010.pdf
https://www.annalsofgeophysics.eu/index.php/annals/article/download/5519/6035
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11554770/
https://www.journal-rml.com/2/3/21
https://onlinelibrary.wiley.com/doi/pdfdirect/10.1111/jfr3.12960
https://www.nature.com/articles/s41598-024-77922-5
https://www.earthdoc.org/content/papers/10.3997/2214-4609.202120031
https://www.medra.org/servlet/MRService?lang=ita&hdl=10.3280/HM2010-003011
https://www.semanticscholar.org/paper/31f9fd48dd7ccc5b8a6cd0711367180f6a54715a
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC7175960/
https://damfailures.org/case-study/vajont-dam-italy-1963
https://servizio-nazionale.protezionecivile.gov.it/en/pagina-base/vajont-landslide/
https://waterhistory.online/wp-content/uploads/2023/11/Vajont_Publication_EN_website_final.pdf
https://fondazionevajont.org/wp-content/uploads/2024/10/Cronologia_inglese.pdf
https://nhess.copernicus.org/articles/10/865/2010/nhess-10-865-2010.pdf
https://www.annalsofgeophysics.eu/index.php/annals/article/download/5519/6035
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11554770/
https://www.journal-rml.com/2/3/21
https://onlinelibrary.wiley.com/doi/pdfdirect/10.1111/jfr3.12960
https://www.nature.com/articles/s41598-024-77922-5
https://www.earthdoc.org/content/papers/10.3997/2214-4609.202120031
https://www.medra.org/servlet/MRService?lang=ita&hdl=10.3280/HM2010-003011
https://www.semanticscholar.org/paper/31f9fd48dd7ccc5b8a6cd0711367180f6a54715a