CSI: Kryminalne Zagadki JBZD. Odcinek 13 – Sakakibara Seito.
91
Powracamy do Japonii. No i wiecie, Japończycy to lubią się przechwalać, jak to bezpieczny jest ich kraj, że mają najmniejsze statystyki popełnianych przestępstw na całym świecie. Oczywiście, wielu ludzi (na przykład ja) jest do tego sceptycznie nastawionych, ale przyjmijmy, że faktycznie Japonia to najbezpieczniejszy kraj na ziemi. Tylko… Nawet przy tym stwierdzeniu, to jak już ktoś popełnia jakieś przestępstwo, to prawie zawsze jest ono tak odrażające, tak mrożące krew w żyłach, że przechodzi ludzkie pojęcie. Pierwszym przykładem, o którym ludzie zazwyczaj myślą jest sprawa Junko Furuty. Jeśli pytać się mnie, to ja bym wpierw wskazał na sprawę Aum Shinrikyo (o której zresztą robiłem dzidę dawno temu). Jednak ostatnio dowiedziałem się innej popierdolonej sprawie, która miała dosyć jakiś wpływ na system prawny w Japonii.
10 lutego, 1997 roku, w części miasta Kobe o nazwie Suma, dwie dwunastoletnie dziewczynki zostały zaatakowane przy użyciu młotka około 16:35. Jedna z nich spędziła tydzień w szpitalu. Druga natomiast powiedziała ojcu, że ich napastnik miał na sobie mundurek, jaki noszą w szkole w gimnazjum Tomogaoka. Jednak kiedy tylko próbował uzyskać zdjęcia uczniów, szkoła odmówiła. No dobra, można jakoś na logikę próbować tłumaczyć… A raczej można by było, gdyby nie to, że kiedy policjanci również próbowali pozyskać te zdjęcia, to szkoła też odmówiła.
16 marca tego samego roku, około 12:25, dziesięcioletnia dziewczynka imieniem Ayaka Amashita została pobita przy użyciu młotka w parku Ryugadai, natomiast 10 minut później, dziewięcioletnia Kasumi Ishikawa została dźgnięta 13-centymetrowym ostrzem w brzuch. Obydwie zostały przetransportowane do szpitala, aczkolwiek jedynie dziewięciolatka przeżyła. Po tygodniu w śpiączce Ayaka zmarła.
16 marca tego samego roku, około 12:25, dziesięcioletnia dziewczynka imieniem Ayaka Amashita została pobita przy użyciu młotka w parku Ryugadai, natomiast 10 minut później, dziewięcioletnia Kasumi Ishikawa została dźgnięta 13-centymetrowym ostrzem w brzuch. Obydwie zostały przetransportowane do szpitala, aczkolwiek jedynie dziewięciolatka przeżyła. Po tygodniu w śpiączce Ayaka zmarła.
24 maja, również 1997 roku, jedenastoletni chłopiec imieniem Jun Hase zaginął po tym, jak skończył zajęcia w szkole podstawowej Tainohata. W poszukiwania zaangażowana była policja i straż pożarna, aczkolwiek nie trwały one długo – zaledwie 3 dni później, 27 maja, w godzinach porannych pewien przechodzień szedł chodnikiem niedaleko gimnazjum Tomogaoka, kiedy zauważył coś dziwnego znajdującego się przed bramą wejściową szkoły. Kiedy tylko się lepiej się przyjrzał, przeraził się – była to właśnie odcięta głowa Juna Hase z wydłubanymi oczami i notatką wepchniętą w usta.
Policja oczywiście została wezwana na miejsce, a głowa Juna została przetransportowana do biura koronera. Natomiast treść notatki została opublikowana w gazetach:
„Gra właśnie się rozpoczęła.
Spróbujcie mnie powstrzymać, jeśli możecie, tępe gliny.
Patrzenie na to jak ludzie umierają sprawia mi radość. Zabijanie sprawia mi radość.
Krwawy osąd jest potrzebny za lata mojego zgorzknienia.
SHOOLL KILLER”
Znalazłem co prawda kilka tłumaczeń tej notatki, aczkolwiek we wszystkich zamysł jest ten sam – jakiś popierdoleniec chce zabijać i gra w gierki z policją. Wszystko oczywiście było napisane tymi japońskimi ślaczkami, poza ostatnim wyrazem – SHOOLL KILLER. Tak na dobrą sprawę nie do końca śledczy wiedzieli, o co chodzi z tą pierwszą częścią, ale ja wam mogę teraz powiedzieć, że zabójca myślał, że tak się piszę angielskie słowo „School”, czyli „szkoła”.
6 czerwca, do wydawnictwa Kobe Shimbun trafił list bez adresu zwrotnego. Nadawcą był morderca, przy czym podpisał się on zbiorem kilku znaków Kanji – „Sake”, czyli alkohol, „oni”, czyli demon, „bara”, czyli róża, „sei”, czyli święty, oraz „to”, czyli… Kurwa, nie wiem, co to ostatnie ma oznaczać. W każdym razie razem ten cały zbiór tworzy „Sakakibara Seito”.
„Gra się rozpoczęła, a na szali jest moje życie… Jeśli mnie złapią, powieszą mnie… Policja powinna być bardziej zawzięta, powinni być bardziej złośliwi… Jedynie przy zabijaniu czuję się wolny od całej nienawiści i cierpienia, po czym czuję wewnętrzny pokój. Jedynie przy zabijaniu moje cierpienie zmniejsza się. A to wszystko przez system szkolny, który stworzył kogoś takiego jak ja, niewidzialnego człowieka.”
Myślę, że po przeczytaniu tego, niektóre wnioski nasuwają się same. W każdym razie wydrukowano ten list, tak, aczkolwiek… Ta cała gazeta jebnęła się, no i imię wydrukowano nie jako „Sakakibara”, tylko jako „Onibara”. No i mordercy musiały chyba puścić zwieracze, ponieważ tak się wkurwił, że napisał kolejny list.
„Jeśli jeszcze raz źle napiszecie moje imię albo popsujecie mi humor, zabiję 3 warzywa tygodniowo! Jeśli myślicie, że mogę zabijać tylko dzieci, to grubo się mylicie!”
…Jeśli ktoś nie wie, co autor miał na myśli, to nie jesteście sami, bo kurwa chyba nikt w Japonii w tamtym czasie nie wiedział, o co chodzi, czy to mieli być jacyś pacjenci podtrzymywani przy życiu, czy dosłownie 3 razy w tygodniu pokroi warzywa na obiad.
Policja przeanalizowała drogi pocztowe, no i tym oto śladem udało im się namierzyć nadawcę, który podczas przesłuchania przyznał się do wszystkiego. Okazało się, że tym chorym pojebem, który mordował dzieci był… Czternastolatek.
Japoński system karny dostaje istnego pierdolca, kiedy jakaś zbrodnia jest popełniana przez nieletnich, o czym świadczy fakt, że z powodu prawa, jego imię nie mogło zostać upublicznione, dlatego w oficjalnych raportach i wywiadach, policja odnosiła się do niego jako „chłopca A”. No i tutaj mam trochę sprzeczne informacje – jedno źródło gada mi, że jego tożsamość została ujawniona stosunkowo niedawno, bo gdzieś około 2015 roku. Inne źródło mi natomiast mówi, że jego tożsamość została ujawniona znacznie wcześniej, gdzieś w okolicach rozprawy, bo kiedy gazetom odmówiono podania prawdziwego imienia z powodu tej całej ochrony tożsamości, to tabloidy stwierdziły, że mają wyjebane (po części dlatego, że niezłą sprzedaż by sobie narobiły, co zniwelowałoby wszelakie grzywny, ale również dlatego, że nie chcieli szanować praw kogoś tak zdeprawowanego), dlatego udało im się wyszperać prawdziwe imię oraz zdjęcie tego popierdoleńca. Bez względu na to, która wersja jest prawdziwa, to fakt pozostaje jeden – japońskie służby nie chciały ujawniać same z siebie jego tożsamości, co mocno wkurwiło obywateli.
„Gra właśnie się rozpoczęła.
Spróbujcie mnie powstrzymać, jeśli możecie, tępe gliny.
Patrzenie na to jak ludzie umierają sprawia mi radość. Zabijanie sprawia mi radość.
Krwawy osąd jest potrzebny za lata mojego zgorzknienia.
SHOOLL KILLER”
Znalazłem co prawda kilka tłumaczeń tej notatki, aczkolwiek we wszystkich zamysł jest ten sam – jakiś popierdoleniec chce zabijać i gra w gierki z policją. Wszystko oczywiście było napisane tymi japońskimi ślaczkami, poza ostatnim wyrazem – SHOOLL KILLER. Tak na dobrą sprawę nie do końca śledczy wiedzieli, o co chodzi z tą pierwszą częścią, ale ja wam mogę teraz powiedzieć, że zabójca myślał, że tak się piszę angielskie słowo „School”, czyli „szkoła”.
6 czerwca, do wydawnictwa Kobe Shimbun trafił list bez adresu zwrotnego. Nadawcą był morderca, przy czym podpisał się on zbiorem kilku znaków Kanji – „Sake”, czyli alkohol, „oni”, czyli demon, „bara”, czyli róża, „sei”, czyli święty, oraz „to”, czyli… Kurwa, nie wiem, co to ostatnie ma oznaczać. W każdym razie razem ten cały zbiór tworzy „Sakakibara Seito”.
„Gra się rozpoczęła, a na szali jest moje życie… Jeśli mnie złapią, powieszą mnie… Policja powinna być bardziej zawzięta, powinni być bardziej złośliwi… Jedynie przy zabijaniu czuję się wolny od całej nienawiści i cierpienia, po czym czuję wewnętrzny pokój. Jedynie przy zabijaniu moje cierpienie zmniejsza się. A to wszystko przez system szkolny, który stworzył kogoś takiego jak ja, niewidzialnego człowieka.”
Myślę, że po przeczytaniu tego, niektóre wnioski nasuwają się same. W każdym razie wydrukowano ten list, tak, aczkolwiek… Ta cała gazeta jebnęła się, no i imię wydrukowano nie jako „Sakakibara”, tylko jako „Onibara”. No i mordercy musiały chyba puścić zwieracze, ponieważ tak się wkurwił, że napisał kolejny list.
„Jeśli jeszcze raz źle napiszecie moje imię albo popsujecie mi humor, zabiję 3 warzywa tygodniowo! Jeśli myślicie, że mogę zabijać tylko dzieci, to grubo się mylicie!”
…Jeśli ktoś nie wie, co autor miał na myśli, to nie jesteście sami, bo kurwa chyba nikt w Japonii w tamtym czasie nie wiedział, o co chodzi, czy to mieli być jacyś pacjenci podtrzymywani przy życiu, czy dosłownie 3 razy w tygodniu pokroi warzywa na obiad.
Policja przeanalizowała drogi pocztowe, no i tym oto śladem udało im się namierzyć nadawcę, który podczas przesłuchania przyznał się do wszystkiego. Okazało się, że tym chorym pojebem, który mordował dzieci był… Czternastolatek.
Japoński system karny dostaje istnego pierdolca, kiedy jakaś zbrodnia jest popełniana przez nieletnich, o czym świadczy fakt, że z powodu prawa, jego imię nie mogło zostać upublicznione, dlatego w oficjalnych raportach i wywiadach, policja odnosiła się do niego jako „chłopca A”. No i tutaj mam trochę sprzeczne informacje – jedno źródło gada mi, że jego tożsamość została ujawniona stosunkowo niedawno, bo gdzieś około 2015 roku. Inne źródło mi natomiast mówi, że jego tożsamość została ujawniona znacznie wcześniej, gdzieś w okolicach rozprawy, bo kiedy gazetom odmówiono podania prawdziwego imienia z powodu tej całej ochrony tożsamości, to tabloidy stwierdziły, że mają wyjebane (po części dlatego, że niezłą sprzedaż by sobie narobiły, co zniwelowałoby wszelakie grzywny, ale również dlatego, że nie chcieli szanować praw kogoś tak zdeprawowanego), dlatego udało im się wyszperać prawdziwe imię oraz zdjęcie tego popierdoleńca. Bez względu na to, która wersja jest prawdziwa, to fakt pozostaje jeden – japońskie służby nie chciały ujawniać same z siebie jego tożsamości, co mocno wkurwiło obywateli.
Mordercą był uczeń gimnazjum Tomogaoka o imieniu Shinichiro Azuma (jeśli myśleliście, że te listy czytały się, jakby pisał je wkurwiony gimbus, to mieliście rację). Na pytanie, co go skłoniło do jego czynów, odpowiedź jest prosta – Był pierdolnięty.
Jego wychowanie… No, nie chcę tutaj tłumaczyć, że to pewnie przez spierdolone wychowanie był taki, a nie inny, aczkolwiek… No, nie miał lekko, to jest fakt. Jego ojciec mało z nim gadał, mało się z nim widział (nawet nie dlatego, że jego rodzice byli po rozwodzie, nie, po prostu był „nieobecny duchem”, nawet jak był w domu), a jego matka była nad wyraz wymagająca, o czym najlepiej świadczy fakt, że jeśli spóźnił się i przyszedł do domu po 17:00, to miał zakaz wstępu i musiał nocować na dworze.
Jedyną osobą, która okazywała mu chociaż odrobinę dobroci była jego babcia. Niestety, babcia zmarła, kiedy ten był w piątej klasie, no i właśnie wtedy wytworzyła się u niego istna fascynacja śmiercią. Niedługo po tym w jego ręce trafiła książka, która wywarła na nim dosyć spore wrażenie, pewnie o niej słyszeliście, nazywa się „Mein Kampf”. Oczywiście, to nie była jedyna książka, która miała na niego jakiś wpływ – jeśli cały ten motyw listów do gazet i droczenia się z policją przypomina wam o Zodiacu, to jest coś na rzeczy, bo Azuma również kupił sobie książkę Roberta Graysmitha na temat Zodiaca po tym, jak wydano japońskie tłumaczenie. Jak się przyjrzycie to nawet widać na zdjęciu tych listów, które wysyłał, że rysował sobie symbol, który miał być połączeniem swastyki i symbolu Zodiaca.
Jeśli chodzi o cały ten cały motyw warzyw, to jest też odpowiedź – ilekroć Azuma się złościł na kogoś, to jego rodzice mówili mu, aby wyobrażał sobie ludzi jako warzywa, żeby się jakoś uspokoił… Wziął te radę do serca jak widać.
Okres gimnazjalny to czas, w którym ludzie są wkurwieni na cały świat bez powodu, po czym im odpierdala i robią różne zjebane rzeczy, tylko… Azumie odjebało jeszcze bardziej, no i zdecydował się dać upust swoim bestialskim rządzom. Wpierw odhaczył klasyk jebniętych morderców – znęcanie się nad zwierzętami. Twierdził, że zabił jakieś 20 kotów, oraz sporo innych zwierząt. Po pewnym czasie zdecydował się na krok dalej – wziął sobie kiedyś zegarek, nałożył na pięść jak kastet, po czym zaczął napierdalać się z innym uczniem. Tak bez powodu. I tak dalej, aż zdecydował się wziąć młot w ręce, no i wiecie, jak się ta historia dalej potoczyła.
Możecie pamiętać, że z początku, po tym pierwszym ataku policja próbowała pozyskać spis uczniów, aby dowiedzieć się kto był za to odpowiedzialny, ale szkoła stanowczo odmawiała. Kiedy wyszło na jaw, że za te wszystkie chore akcje faktycznie odpowiada ich uczeń, to gimnazjum spotkało się z dosyć sporą krytyką. Jaka była odpowiedź władz szkoły? Była… Spierdolona. Powiedzieli, że do niczego by nie doszło, gdyby ofiary lepiej się broniły… O chuju złoty…
Oczywiście, kiedy szczegóły sprawy wyszły na jaw, to ludzie zastanawiali się, czy faktycznie to zrobił – Zastanawiano się, czy policjanci nie wymusili na nim przyznania się do winy (nie wynikało to z tego, że Azuma był jakoś lubiany, tylko z tego, że japońska policja notorycznie lubi wyciągać siłą przyznania się do winy, niekoniecznie prawdziwe). Doszukiwano się nieścisłości, wypominano dziwny pojazd, jaki przejeżdżał koło kilku miejsc. No i szczerze… Ja myślę, że po prostu podświadomie ludzie nie chcieli myśleć, że czternastoletni chłopak byłby zdolny takie coś zrobić. Azuma upiera się, że on jest winny… No i jakby tego było mało, to oprócz jego przyznania się, policja znalazła też jego pamiętnik, w którym opisał wszystkie swoje zjebane akcje, w tym pobicia i morderstwa, tak więc można raczej spokojnie powiedzieć, że to on.
Jego wychowanie… No, nie chcę tutaj tłumaczyć, że to pewnie przez spierdolone wychowanie był taki, a nie inny, aczkolwiek… No, nie miał lekko, to jest fakt. Jego ojciec mało z nim gadał, mało się z nim widział (nawet nie dlatego, że jego rodzice byli po rozwodzie, nie, po prostu był „nieobecny duchem”, nawet jak był w domu), a jego matka była nad wyraz wymagająca, o czym najlepiej świadczy fakt, że jeśli spóźnił się i przyszedł do domu po 17:00, to miał zakaz wstępu i musiał nocować na dworze.
Jedyną osobą, która okazywała mu chociaż odrobinę dobroci była jego babcia. Niestety, babcia zmarła, kiedy ten był w piątej klasie, no i właśnie wtedy wytworzyła się u niego istna fascynacja śmiercią. Niedługo po tym w jego ręce trafiła książka, która wywarła na nim dosyć spore wrażenie, pewnie o niej słyszeliście, nazywa się „Mein Kampf”. Oczywiście, to nie była jedyna książka, która miała na niego jakiś wpływ – jeśli cały ten motyw listów do gazet i droczenia się z policją przypomina wam o Zodiacu, to jest coś na rzeczy, bo Azuma również kupił sobie książkę Roberta Graysmitha na temat Zodiaca po tym, jak wydano japońskie tłumaczenie. Jak się przyjrzycie to nawet widać na zdjęciu tych listów, które wysyłał, że rysował sobie symbol, który miał być połączeniem swastyki i symbolu Zodiaca.
Jeśli chodzi o cały ten cały motyw warzyw, to jest też odpowiedź – ilekroć Azuma się złościł na kogoś, to jego rodzice mówili mu, aby wyobrażał sobie ludzi jako warzywa, żeby się jakoś uspokoił… Wziął te radę do serca jak widać.
Okres gimnazjalny to czas, w którym ludzie są wkurwieni na cały świat bez powodu, po czym im odpierdala i robią różne zjebane rzeczy, tylko… Azumie odjebało jeszcze bardziej, no i zdecydował się dać upust swoim bestialskim rządzom. Wpierw odhaczył klasyk jebniętych morderców – znęcanie się nad zwierzętami. Twierdził, że zabił jakieś 20 kotów, oraz sporo innych zwierząt. Po pewnym czasie zdecydował się na krok dalej – wziął sobie kiedyś zegarek, nałożył na pięść jak kastet, po czym zaczął napierdalać się z innym uczniem. Tak bez powodu. I tak dalej, aż zdecydował się wziąć młot w ręce, no i wiecie, jak się ta historia dalej potoczyła.
Możecie pamiętać, że z początku, po tym pierwszym ataku policja próbowała pozyskać spis uczniów, aby dowiedzieć się kto był za to odpowiedzialny, ale szkoła stanowczo odmawiała. Kiedy wyszło na jaw, że za te wszystkie chore akcje faktycznie odpowiada ich uczeń, to gimnazjum spotkało się z dosyć sporą krytyką. Jaka była odpowiedź władz szkoły? Była… Spierdolona. Powiedzieli, że do niczego by nie doszło, gdyby ofiary lepiej się broniły… O chuju złoty…
Oczywiście, kiedy szczegóły sprawy wyszły na jaw, to ludzie zastanawiali się, czy faktycznie to zrobił – Zastanawiano się, czy policjanci nie wymusili na nim przyznania się do winy (nie wynikało to z tego, że Azuma był jakoś lubiany, tylko z tego, że japońska policja notorycznie lubi wyciągać siłą przyznania się do winy, niekoniecznie prawdziwe). Doszukiwano się nieścisłości, wypominano dziwny pojazd, jaki przejeżdżał koło kilku miejsc. No i szczerze… Ja myślę, że po prostu podświadomie ludzie nie chcieli myśleć, że czternastoletni chłopak byłby zdolny takie coś zrobić. Azuma upiera się, że on jest winny… No i jakby tego było mało, to oprócz jego przyznania się, policja znalazła też jego pamiętnik, w którym opisał wszystkie swoje zjebane akcje, w tym pobicia i morderstwa, tak więc można raczej spokojnie powiedzieć, że to on.
W tym całym pamiętniku opisał jakiegoś Boga o nazwie Bamoidōkishin, który to niby narodził się, kiedy Azuma był w stanie absolutnego wkurwienia, po czym zawarł z nim pakt, aby zabić 13 osób, po czym spędzić 13 lat w pierdlu, no i to ma niby oczyścić jego duszę… Będę szczery, czytając wyrywki jego pierdolenia, to tak na dobrą sprawę nic nie zrozumiałem… Albo nie chciałem zrozumieć.
Jeśli chodzi o samego Juna Hase, to Azuma znał go – chodził do tej samej podstawówki co Jun, który był dzieciakiem specjalnej troski. Pewnego dnia Azuma po prostu siedział sobie w domu, po czym nagle naszła go ochota na zabijanie. Jechał tak sobie rowerem, aż tu nagle zobaczył Juna i pomyślał sobie „Jesteś mniejszy ode mnie… Mogę Cię zabić”. To jednak nie był jedyny powód. Głównym powodem natomiast był fakt, że… Jun zawsze był miły względem Azumy. No i Azuma nie był w stanie tego pojąć, dlaczego ktoś był w stanie być miłym dla takiego „robaka” jak on. To wydawało się dla niego dziwne, wkurwiało go, no i zdecydował mu się odpłacić za traktowanie go z jakąś godnością.
Azuma powiedział Junowi, że na pobliskim wzgórzu zwanym „górą czołgów” lub „górą zbiorników” (tank mountain) znajduje się żółw. Jun Hase oczywiście żółwiki uwielbiał, więc z radością tam polazł… A tam nie ma żółwia, tylko pokurwiony morderczy gimbus. Doszło do szamotaniny, Jun próbował się jakoś bronić, ale Azuma był większy, silniejszy. Skończyło się na tym, że Azuma udusił go sznurówkami. Musiał oczywiście ukryć ciało, więc włamał się do opuszczonej placówki nadawczej telewizji kablowej piłując kłódkę, po czym ukrył ciało pod podłogą w jakimś budynku. No i po tym wszystkim, wrócił do domu jak gdyby nigdy nic.
Azuma nie mógł spać tego dnia, ale nie dlatego, że targało nim poczucie winy, nie, to było spowodowane ciekawością. Chodziły mu po głowie różne zjebane pomysły, no i w końcu uznał, że ciekawi go, jak trudno uciąć komuś łeb… Wstał z łóżka, wziął piłę na nowo, no i polazł tam, gdzie zostawił ciało. Zaczął ucinać łeb, no i jak tylko mu się udało, to tak się tym ucieszył, że… Doszedł… Jak już wytrzepał spermę z gaci, to on uznał, że dusza Juna Hase dalej znajduje się w ciele, więc żeby się jej pozbyć, to wydłubał mu oczy i uciął język, po czym spił jego krew, aby oczyścić własną duszę niewinnością Juna… Ja pierdole…
Kolejny dzień, kolejna noc, kolejny spierdolony pomysł – ciekawiło go, jak ciało się rozkłada. Wrócił na miejsce, patrzył przez 6 minut, jak ciało się rozkłada, ale znudziło go to, no i tak nagle wpadł na pomysł, aby sprowokować policję – zostawi głowę Juna z notatką przed bramą własnej szkoły. Uznał, że policja nie będzie podejrzewać, że mordercą jest uczeń szkoły, że to będzie zbyt oczywiste, więc będzie zajebistą przykrywką. No i wziął i popierdalał o drugiej w nocy przez miasto w głową w koszyku rowerowym. Chciał ją początkowo nabić na kratę na bramie, ale brama ma 2 metry, a on niziołek, więc nie było szans. Zdecydował się zostawić głowę przy wejściu. Chciał, aby to uczniowie idący do szkoły wpierw zobaczyli tę głowę, aby dać traumę jak największej ilości, ale plany pokrzyżował mu przechodzień, który jako pierwszy zobaczył głowę.
Jeśli chodzi o samego Juna Hase, to Azuma znał go – chodził do tej samej podstawówki co Jun, który był dzieciakiem specjalnej troski. Pewnego dnia Azuma po prostu siedział sobie w domu, po czym nagle naszła go ochota na zabijanie. Jechał tak sobie rowerem, aż tu nagle zobaczył Juna i pomyślał sobie „Jesteś mniejszy ode mnie… Mogę Cię zabić”. To jednak nie był jedyny powód. Głównym powodem natomiast był fakt, że… Jun zawsze był miły względem Azumy. No i Azuma nie był w stanie tego pojąć, dlaczego ktoś był w stanie być miłym dla takiego „robaka” jak on. To wydawało się dla niego dziwne, wkurwiało go, no i zdecydował mu się odpłacić za traktowanie go z jakąś godnością.
Azuma powiedział Junowi, że na pobliskim wzgórzu zwanym „górą czołgów” lub „górą zbiorników” (tank mountain) znajduje się żółw. Jun Hase oczywiście żółwiki uwielbiał, więc z radością tam polazł… A tam nie ma żółwia, tylko pokurwiony morderczy gimbus. Doszło do szamotaniny, Jun próbował się jakoś bronić, ale Azuma był większy, silniejszy. Skończyło się na tym, że Azuma udusił go sznurówkami. Musiał oczywiście ukryć ciało, więc włamał się do opuszczonej placówki nadawczej telewizji kablowej piłując kłódkę, po czym ukrył ciało pod podłogą w jakimś budynku. No i po tym wszystkim, wrócił do domu jak gdyby nigdy nic.
Azuma nie mógł spać tego dnia, ale nie dlatego, że targało nim poczucie winy, nie, to było spowodowane ciekawością. Chodziły mu po głowie różne zjebane pomysły, no i w końcu uznał, że ciekawi go, jak trudno uciąć komuś łeb… Wstał z łóżka, wziął piłę na nowo, no i polazł tam, gdzie zostawił ciało. Zaczął ucinać łeb, no i jak tylko mu się udało, to tak się tym ucieszył, że… Doszedł… Jak już wytrzepał spermę z gaci, to on uznał, że dusza Juna Hase dalej znajduje się w ciele, więc żeby się jej pozbyć, to wydłubał mu oczy i uciął język, po czym spił jego krew, aby oczyścić własną duszę niewinnością Juna… Ja pierdole…
Kolejny dzień, kolejna noc, kolejny spierdolony pomysł – ciekawiło go, jak ciało się rozkłada. Wrócił na miejsce, patrzył przez 6 minut, jak ciało się rozkłada, ale znudziło go to, no i tak nagle wpadł na pomysł, aby sprowokować policję – zostawi głowę Juna z notatką przed bramą własnej szkoły. Uznał, że policja nie będzie podejrzewać, że mordercą jest uczeń szkoły, że to będzie zbyt oczywiste, więc będzie zajebistą przykrywką. No i wziął i popierdalał o drugiej w nocy przez miasto w głową w koszyku rowerowym. Chciał ją początkowo nabić na kratę na bramie, ale brama ma 2 metry, a on niziołek, więc nie było szans. Zdecydował się zostawić głowę przy wejściu. Chciał, aby to uczniowie idący do szkoły wpierw zobaczyli tę głowę, aby dać traumę jak największej ilości, ale plany pokrzyżował mu przechodzień, który jako pierwszy zobaczył głowę.
Teraz będzie ta część, która myślę, że wkurwi sporo czytających. Jak już mówiłem, system prawny w Japonii wywraca się, jeśli sprawca jakiejś zbrodni jest nieletni. Zrobili mu tam jakieś skany mózgu, żeby dowiedzieć się, czy coś jest z nim nie tak, czy jakieś chromosomy były rozkurwione. Stwierdzili, że wszystko z nim „w porządku”, że może stanąć przed sądem, ale tutaj się zaczyna innego rodzaju zjebanie. Ponieważ Azuma miał 14 lat, to nie dość, że jego tożsamość była chroniona prawnie, to jeszcze skazali go na raptem 6 i pół roku w poprawczaku. Oczywiście, obywatelom taki wyrok się nie spodobał – uznali, że był niewystarczający. W 2004 roku Azuma opuścił zakład karny, co wkurwiło sporo osób. Chcieli, aby znowu wrócił do pierdla, ale nie dało się nic zrobić, bo prawnie odsiedział swój wyrok.
Oczywiście, tam eksperci więzienni twierdzą, że sukces, że udało im się go wyleczyć z sadyzmu i różnego innego spierdolenia, że został naprawiony, zrehabilitowany. Tylko… W 2015 roku Azuma wydał autobiografię o nazwie „Pieśń rozpaczy” (zekka), gdzie twierdził, iż żałuje swoich czynów… Ale również opisał morderstwo w dosyć szczegółowy, brutalny sposób. Rodzina Hase próbowała zablokować wydanie tej książki, ale nie udało się. Wyszła… No i stała się bestsellerem w Japonii. Jakieś 15 milionów Yenów w sprzedaży. Rodzina Azumy twierdziła, że przekaże wszystko na rzecz rodziny Hase, ale po latach, rodzina Hase potwierdziła, że nie otrzymali ani grosza (z resztą, ich pieniądze nie obchodziły, oni chcieli sprawiedliwości). Rzekomo Azuma użył hajsu, aby wybudować sobie dom. Jeszcze jakby tego brakowało, to ten zasrany chuj miał czelność wysłać kopię tej książki razem z liścikiem „żalu” do rodziców Juna…
Krótko po wydaniu tej książki stworzył też stronę internetową, gdzie wstawiał różne dziwne photoshopy gołego faceta. Żadnych obrazów z krwią czy bebechami, po prostu rzeczy typu doklejanie ciała skorpiona do dolnej części ciała… Od razu mówię, ta strona już nie istnieje, została usunięta, tam niby krążą po internecie te całe photoshopy, ale nie byłem w stanie zweryfikować ich autentyczności.
Azuma dalej żyje, tylko trudno go namierzyć. Rzekomo pracuje w Tokyo jako mechanik, ale ile w tym prawdy to cholera wie. Ożenił się z jedną ze swoich „fanek”, po czym spłodził dziecko… Matko Boska…
Oczywiście, tam eksperci więzienni twierdzą, że sukces, że udało im się go wyleczyć z sadyzmu i różnego innego spierdolenia, że został naprawiony, zrehabilitowany. Tylko… W 2015 roku Azuma wydał autobiografię o nazwie „Pieśń rozpaczy” (zekka), gdzie twierdził, iż żałuje swoich czynów… Ale również opisał morderstwo w dosyć szczegółowy, brutalny sposób. Rodzina Hase próbowała zablokować wydanie tej książki, ale nie udało się. Wyszła… No i stała się bestsellerem w Japonii. Jakieś 15 milionów Yenów w sprzedaży. Rodzina Azumy twierdziła, że przekaże wszystko na rzecz rodziny Hase, ale po latach, rodzina Hase potwierdziła, że nie otrzymali ani grosza (z resztą, ich pieniądze nie obchodziły, oni chcieli sprawiedliwości). Rzekomo Azuma użył hajsu, aby wybudować sobie dom. Jeszcze jakby tego brakowało, to ten zasrany chuj miał czelność wysłać kopię tej książki razem z liścikiem „żalu” do rodziców Juna…
Krótko po wydaniu tej książki stworzył też stronę internetową, gdzie wstawiał różne dziwne photoshopy gołego faceta. Żadnych obrazów z krwią czy bebechami, po prostu rzeczy typu doklejanie ciała skorpiona do dolnej części ciała… Od razu mówię, ta strona już nie istnieje, została usunięta, tam niby krążą po internecie te całe photoshopy, ale nie byłem w stanie zweryfikować ich autentyczności.
Azuma dalej żyje, tylko trudno go namierzyć. Rzekomo pracuje w Tokyo jako mechanik, ale ile w tym prawdy to cholera wie. Ożenił się z jedną ze swoich „fanek”, po czym spłodził dziecko… Matko Boska…
Ludzie w Japonii oczywiście są wkurwieni na Azumę, ale również na rząd, ponieważ bardzo się cackali z nim i jemu podobnymi tylko i wyłącznie z uwagi na wiek. Po protestach rząd Japonii zdecydował się obniżyć wiek odpowiedzialności karnej do 14 lat. W sensie chodziło tu o to, że od teraz jak sądzili jakichś czternastolatków, to sądzili takich jako dorosłych. Jednak to było takie chujowe pocieszenie, bo nie przedłużyli mu kary. A fakt, że stał się swego rodzaju celebrytą tylko przelewa czarę goryczy. Od tamtego czasu, ojciec Juna Hase stara się o prawa, które zakazałyby wydawania przez przestępców książek, które opisują ich zbrodnie.
Wy natomiast pamiętajcie – jak widzicie japońskich gimbusów, to miejcie się na baczności, nie ma co ryzykować.
Wy natomiast pamiętajcie – jak widzicie japońskich gimbusów, to miejcie się na baczności, nie ma co ryzykować.
Kompendium strachu: „Czarny Kurhan z Adachigahary”, Kurozuka, vol. 57
Wiedza
4 d
0
„Nie straszy krzykiem, tylko ciszą chaty, do której wchodzi się z ulgą. Najpierw jest ogień i uprzejmość, dopiero potem zakaz i drzwi, których nie wolno otwierać.
- na podstawie japońskich przekazów folklorystycznych
- na podstawie japońskich przekazów folklorystycznych
Kurozuka oznacza dosłownie „Czarny Kurhan”. To nazwa mogiły, a zarazem legenda o onibabie [1], demonicznej starej kobiecie z Adachigahary. To ponure pustkowia u stóp góry Adatara, w dzisiejszej prefekturze Fukushima. Po dziś dzień wskazuje się tam miejsca wiązane z przekazem: grotę, krwawy staw i sam kopiec-grobowiec. Z zewnątrz widać tylko ubogą chatę na odludziu, jedyne schronienie, gdy zapada zmrok. W środku siedzi stara kobieta, często przedstawia się ją przy kołowrotku. Ma twarz wyniszczoną wiekiem i samotnością. Wędrowcy proszą o nocleg. Kobieta waha się, zasłania biedą i wstydem, w końcu jednak ich wpuszcza. I to jest moment kluczowy, groza nie zaczyna się atakiem. Zaczyna się rozmową, ciepłem ognia i pozorną normalnością.
[1] Demoniczna postać starej kobiety z japońskich legend, często przedstawiana jako ludożercza wiedźma polująca na wędrowców.
[1] Demoniczna postać starej kobiety z japońskich legend, często przedstawiana jako ludożercza wiedźma polująca na wędrowców.
Sercem legendy jest prosty zakaz. Kobieta wychodzi po drewno i zabrania zaglądać do wewnętrznego pomieszczenia. Wędrowcy łamią zakaz, a w środku znajdują to, co w tej historii stanowi dowód: stos kości i zwłok, ślady dawnych ofiar. Wtedy staje się jasne, że chata nie była schronieniem, lecz przedsionkiem rzeźni. Gospodyni nie była samotną staruszką, tylko istotą polującą na ludzi. Gdy kobieta wraca i odkrywa zdradę, następuje przemiana. W teatrze nō [2] ujawnia się jako onibaba, demoniczna wiedźma w masce. Jej ruchy dziczeją, a głos brzmi bardziej jak ryk bestii niż ludzka mowa. Rozpoczyna się pościg przez nocny krajobraz, a ocalenie przychodzi nie dzięki sile, lecz dzięki praktyce religijnej. Jedynie modlitwy i formuły mają moc powstrzymania demonicy i odepchnięcia jej z powrotem w mrok. Ten finał jest charakterystyczny dla wielu opowieści o yōkai [3]. Zło nie znika dlatego, że ktoś pokonał je w walce, tylko dlatego, że ktoś umiał je nazwać i odgrodzić rytuałem.
[2] Klasyczna forma japońskiego teatru muzyczno-tanecznego, w której istotną rolę odgrywają maski, rytm i symboliczna gra aktorska.
[3] Zbiorcze określenie japońskich istot nadnaturalnych, takich jak demony, duchy i potwory, pojawiających się w folklorze i opowieściach.
[2] Klasyczna forma japońskiego teatru muzyczno-tanecznego, w której istotną rolę odgrywają maski, rytm i symboliczna gra aktorska.
[3] Zbiorcze określenie japońskich istot nadnaturalnych, takich jak demony, duchy i potwory, pojawiających się w folklorze i opowieściach.
Pochodzenie Kurozuki jest wielowarstwowe. Sama tradycja nō wiąże ją z literackim tropem „Czarnego Kurhanu”. Motyw pojawia się w klasycznej poezji dworskiej (Shūiwakashū), co później stało się dla twórców teatru punktem zaczepienia. Z krótkiej wzmianki wyprowadzili cały świat grozy, miejsce i bohaterkę. Z kolei lokalna tradycja świątynna oraz przekaz regionalny utrzymują, że na Adachigaharze rzeczywiście mieszkała stara kobieta, która stała się demonem i napadała na ludzi. W obiegu funkcjonuje też mocno ludowa geneza onibaby. Wariant o piastunce z Kioto, która wyrusza po makabryczny lek dla chorego dziecka. Ostatecznie trafia na odludzie i zaczyna polować na ciężarne kobiety albo podróżnych. To wyjaśnienie nie jest jedynym i nie zawsze pojawia się w najstarszych skrótach fabuły, ale pokazuje typowy dla japońskich podań mechanizm. Demon nie przychodzi z innego świata od początku, rodzi się z desperacji, samotności i przekroczenia granicy, po której człowiek przestaje być człowiekiem.
Kurozuka jest groźna właśnie dlatego, że nie wymaga od ofiary wielkiego błędu, tylko drobnego. Wystarczy przyjąć nocleg, uwierzyć w gościnność, a potem złamać jeden zakaz. Legenda obraca się wokół napięcia między potrzebą schronienia a lękiem przed obcym. Między współczuciem dla samotnej kobiety a odkryciem, że samotność może być maską drapieżcy.
