BRAWO, takie pomniki to ja szanuje

336
Pomnik „Rzeź Wołyńska” autorstwa śp. Andrzeja Pityńskiego stanął już w Domostwie. Uroczyste odsłonięcie nastąpi 14 lipca, w rocznicę Rzezi Wołyńskiej.
Pomnik został stworzony przez Andrzeja Pityńskiego, rzeźbiarza z Ulanowa. Monument w 2017 roku został zaprojektowany na zamówienie Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce.
Ten 14-metrowy pomnik waży 14 ton i ma kształt orła. W środku monumentu znajduje się wycięty krzyż a w nim widły, na który nabite jest dziecko. U jego podstawy znajduje się rodzina stojąca w płomieniach. W górnej części i na skrzydłach orła umieszczone zostały nazwy miejscowości, w których doszło do mordów przez UPA.
Przez lata nie było lokalizacji dla monumentu, ponieważ jest zbyt kontrowersyjny.
W kwietniu 2021 roku Rada Gminy Jarocin zdecydowała o tym, by pomnik autorstwa Andrzeja Pityńskiego stanął w Domostawie. Wójt gminy Zbigniew Walczak jeszcze w 2018 roku uzgodnił tę lokalizację z autorem. Wyrazili na nią także zgodę fundatorzy monumentu.

10 lipca 2022 roku wmurowano kamień węgielny pod pomnik „Rzeź Wołyńska”.
Pomnik będzie hołdem złożonym wszystkim pomordowanym.
BRAWO, takie pomniki to ja szanuje
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Obrońcy granicy wschodniej Polski - cz. I

6
Obrońcy granicy wschodniej Polski - cz. I
Sporo Wam pisałem o Kresach i długo myślałem nad nowym tematem. Stwierdziłem, że w kontekście ostatnich wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej warto będzie przypomnieć bardzo podobną historię z przeszłości. I upamiętnić bohaterów - tak ówczesnych, jak współczesnych - broniących polskich granic. Jeśli dzidka się spodoba, za kilka dni pojawi się kontynuacja.
Obrońcy granicy wschodniej Polski - cz. I
18 marca 1921 roku traktatem ryskim i wytyczeniem granicy polsko-sowieckiej zakończyła się wojna polsko-bolszewicka. Jednak jeśli ktoś myśli, że zapanował wówczas pokój, to się srodze myli.

Związek Radziecki nigdy nie pogodził się z granicami Polski, a traktat ryski uważał za rozwiązanie tymczasowe. Już w 1920 roku zlecono Zarządowi Wywiadowczemu Sztabu Generalnego Armii Czerwonej (zwany Razwieduprem) i wydziałowi zagranicznemu bezpieki OGPU (zwanej Zakordatem) przygotowanie działań dywersyjnych po polskiej stronie granicy. Główną bazą szkoleniową terrorystów był Mińsk, leżący po sowieckiej stronie. Tam formowano oddziały dywersyjne, które przerzucano nad granicę. Następnie po jej przekroczeniu dywersantów zasilali lokalni sympatycy i członkowie partii komunistycznych, oraz wszelkiej maści przestępcy, pełniący też rolę przewodników i tłumaczy. Poza napadami, bandy dywersyjne zajmowały się też agitacją i propagandą komunistyczną, kreując się na "ludowych mścicieli". Celem Sowietów było wzniecanie stałego poczucia zagrożenia i stworzenia bolszewickiego ruchu partyzanckiego na Kresach, a następnie oderwanie ich od Polski.

Ot, takie "zielone ludziki" A.D. 1921.
Obrońcy granicy wschodniej Polski - cz. I
Pogranicze kusiło nie tylko sowieckich dywersantów. Po wojnie polsko-bolszewickiej Kresy Wschodnie przypominały prerie Dzikiego Zachodu. Były to tereny biedne, wyniszczone i rozgrabione wskutek wielu lat walk od 1914 roku. W dodatku - w wielu miejscach, jak widać na mapie - słabo zaludnione. W dużej mierze pozbawione dobrych dróg, za to pełne gęstych lasów i mokradeł. Długa na 1412 kilometrów granica była słabo strzeżona, z nielicznymi posterunkami Policji Państwowej i jednostkami wojska.

Swoje eldorado więc mieli tu wszelkiej maści przestępcy: przemytnicy, złodzieje, bimbrownicy, awanturnicy. Ci zresztą nierzadko współpracowali z sowieckimi bandami, widząc okazję do wzbogacenia się. Ponieważ wymiana handlowa z Sowietami praktycznie nie istniała, szmuglowano wszystko. Na sowiecką stronę przerzucano ubrania, kawę, zboże, sól, na polską - futra, skóry, tytoń. Najcenniejszym towarem była kokaina, za którą po sowieckiej stronie karano śmiercią, lub nagradzano szczerym złotem. Na polskiej zaś - sacharyna. Wszak cukier był objęty akcyzą państwową, a odpowiednik jednego kilograma cukru - mieścił się w dłoni...
Obrońcy granicy wschodniej Polski - cz. I
Wiele pisał o tym Sergiusz Piasecki, jeden z najlepszych polskich powieściopisarzy, którego książki były zakazane w PRL. On sam po wojnie polsko-bolszewickiej tułał się, pozbawiony majątku i wykształcenia. Imał się różnych zająć - grał w karty, fałszował czeki, był nawet w branży porno. Znał jednak świetnie pogranicze, oraz języki białoruski i rosyjski. Jego zdolności dostrzegł polski wywiad i zatrudnił go. Jednak dochód ze służby był zbyt mały, więc Piasecki sam zaczął zajmować się przemytem. Uzależnił się jednak od narkotyków i pod wpływem kokainy napadł z bronią na dwóch kupców. Trafił za to do więzienia, gdzie napisał swoją najsłynniejszą powieść - ''Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy'', oraz autobiografie: ''Piąty etap" i "Bogom nocy równi". Jak sam zaczął swoją książkę:

''Wódkę piliśmy szklankami. Kochały nas ładne dziewczyny. Chodziliśmy po złotym dnie. Płaciliśmy złotem, srebrem i dolarami. Płaciliśmy za wszystko: za wódkę i za muzykę. Za miłość płaciliśmy miłością, nienawiścią za nienawiść...''
Obrońcy granicy wschodniej Polski - cz. I
Poza Sowietami i przemytnikami, niespokojnie było też na granicy z Litwą, oraz na Wołyniu i w Galicji. Na tej pierwszej kwitł przemyt i dywersja sponsorowane przez litewski wywiad w zemście za zajęcie przez Polaków Wilna, na tych drugich - terroryzm nacjonalistów ukraińskich z Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO). Ukraińców zresztą mocno wspierali pieniędzmi i bronią i Litwini, i Sowieci, i Niemcy - ci ostatni zresztą prowadzili z Polakami wojnę celną i bojkotowali polskie towary. Słowem - ludność polska żyła w stałym zagrożeniu. Nierzadko urzędnicy i ziemianie sami musieli pełnić rolę policji w swoich rejonach, śpiąc z bronią dosłownie pod ręką, na wypadek zbrojnego napadu. Nieprzypadkowo więc granice wschodnie nazywano "Meksykiem".

Ataki sowieckich band dywersyjnych zaczęły się na przełomie 1921/1922 roku. W samych latach 1921-1923 dokonali 259 ataków terrorystycznych. Przykładowo, w styczniu 1923 roku banda sowiecka napadła na miasteczko Czuczewicze, gdzie zrabowała 14 mln marek polskich, rozbiła posterunek Policji, a wójta wysmagała batem za "ciemiężenie ludności".

Chociaż polska Policja i Straż Graniczna reagowały, jak mogły (aresztowano 313 osób, z czego 199 skazano na karę śmierci), to widać było, że radzą sobie coraz gorzej. Brakowało infrastruktury - strażnic, posterunków, dróg do nich, kabli. Policjanci z braku kwater mieszkali w chłopskich chatach, więc wszyscy wiedzieli o ich planach i działaniach. Polskie siły reagowały za wolno. W dodatku były to siły zbyt szczupłe do pilnowania absolutnie wszystkiego na Kresach.
Obrońcy granicy wschodniej Polski - cz. I
W 1924 roku doszło do przełomu. Tylko w tym roku doszło do aż 189 ataków terrorystycznych i 28 sabotażowych. Zginęły 54 osoby, a z 1000 dywersantów - ujęto tylko 146.

Trzy z ataków były wyjątkowo bezczelne. Pierwszy miał miejsce w nocy 18 na 19 lipca na miasteczko Wiszniew, gdzie banda sowiecka otoczyła miasteczko, rozbiła posterunek Policji, zabijając jej komendanta i zaczęła plądrować miejscowość. Potem dokonała rajdu po okolicznych wsiach, ograbiła je i urządziła komunistyczny wiec. Była to jedynie przygrywka.

W nocy z 3 na 4 sierpnia 150 terrorystów, uzbrojonych nawet w karabiny maszynowe, uderzyło na miasteczko Stołpce. Chociaż polskim policjantom udało się odeprzeć szturm na starostwo powiatu, gdzie była kasa skarbowa, oraz komendę Policji, to bandyci zajęli stację telegrafu, podpalili dworzec kolejowy, ograbili wszystkie sklepy i magazyny, a na koniec rozbili więzienie, skąd uwolnili przetrzymywanych tam komunistów. Na koniec jeszcze rozbili ścigającą ich grupę policyjną i uciekli za granicę sowiecką. Zginęło 7 policjantów i 1 urzędnik.
Obrońcy granicy wschodniej Polski - cz. I
Kolejny atak miał miejsce na pociąg do Łunińca w rejonie stacji Łowcza 23 września. Sowiecka banda, przebrana w kolejarskie mundury, rozkręciła tory i ostrzelała pociąg. Następnie wtargnęła do niego i ograbiła wszystkich pasażerów. Wśród nich byli wojewoda poleski, Stanisław Downarowicz; komendant okręgowy Policji, Józef Mięsowicz i senator Bolesław Wysłouch. Bolszewicy wszystkim zabrali ubrania, każąc im jechać w kalesonach, a na zagrabione mienie wystawili ''pokwitowania''. Potem odczepili lokomotywę i odjechali nią na sowiecką stronę. Podobny napad miał miejsce na pociąg do Baranowicz 3 listopada, gdy bolszewicy - dobrze uzbrojeni w karabiny, pistolety i granaty - zatrzymali go, po czym obrabowali wagony pocztowy i bagażowy, zabijając jednego policjanta. Następnie odczepili lokomotywę i odjechali.

Miarka się jednak przebrała i Polska zareagowała twardo, a godziny bandytów były policzone... ale o tym w następnej części.

Pozdrawiam, II wojna światowa w kolorze
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Najbardziej Wyklęty - Zygmunt Olechnowicz ''Zygma''

144
Najbardziej Wyklęty - Zygmunt Olechnowicz ''Zygma''
Dawno mnie tu nie było, więc witam ponownie z rocznicowym postem.

Wiele mówi się o więźniach przetrzymywanych w Związku Radzieckim i Rosji po II wojnie światowej. Najbardziej znanym jest węgierski jeniec Andras Toma, którego zwolniono ze szpitala psychiatrycznego w Rosji dopiero w 2000 roku, o którym niedawno była dzidka.

Przypomniało mi to, że tak tragiczny los dotyczył też Polaków. Takim przykładem były losy Zygmunta Olechnowicza ''Zygmy'' (zaznaczony na zdjęciu) - kresowiaka z rodziny o tradycjach patriotycznych, żołnierza IV. batalionu 77. pułku piechoty AK w czasie okupacji niemieckiej, a po wojnie Żołnierza Wyklętego z obwodu 49/67 ''Szczuczyn-Lida'' partyzantki poakowskiej na Kresach.
Najbardziej Wyklęty - Zygmunt Olechnowicz ''Zygma''
Olechnowicz był adiutantem ppor. Anatola Radziwonika ''Olecha'', dowódcy obwodu (na zdjęciu), jednego z najdłużej walczących polskich partyzantów na Kresach, wcielonych do ZSRR. 75 lat temu, 12 maja 1949 roku podczas sowieckiej obławy (szło 300 funkcjonariuszy MGB i milicjantów) koło wsi Raczkowszczyzna (dawne województwo wileńskie, obecnie Białoruś) poległo sześciu polskich partyzantów, w tym sam ''Olech'', zaś trójka - w tym Olechnowicz - dostała się ciężko ranna do niewoli. ''Zygma'' miał wtedy 23 lata.
Najbardziej Wyklęty - Zygmunt Olechnowicz ''Zygma''
Po wyleczeniu i ciężkim śledztwie z torturami (wiadomo, że m.in. bito go pałkami po głowie), Olechnowicza skazano na 25 lat łagru. Zesłano go do Kazachstanu do łagru Dżezkazgan (na zdjęciu poniżej, łagier wyburzono - stan obecny), gdzie spędził 8 lat. W 1957 roku jego i innych więźniów przewieziono do Moskwy, skąd zamierzano ich odesłać do Polski, gdzie mieli odbywać resztę wyroku. Jednak ''Zygmę'' oddzielono od innych więźniów. Wraz z 30 innymi więźniami Olechnowicz został odesłany do łagru. Uważa się, że Sowieci nie chcieli zwalniać ''najbardziej niebezpiecznych'' więźniów. Wyrok odbył w całości. Zwolniono go dopiero w 1974 roku.

Ciekawe, ilu hitlerowskich zbrodniarzy, skazanych za swe czyny, odbywało wówczas swoją karę w więzieniach...
Najbardziej Wyklęty - Zygmunt Olechnowicz ''Zygma''
Gdy wyszedł, wrócił w rodzinne strony do Lidy. Nie miał jednak ani pracy, ani miejsca zamieszkania, ani pieniędzy, ani meldunku. Mieszkał głównie na dworcach. Nie mógł nigdzie znaleźć pracy, szczególnie jako były zek. Za włóczęgostwo i brak dokumentów w ZSRR karano. Chociaż spotkał się z nielicznymi dawnymi znajomymi i byłą dziewczyną, a nawet zdążył nawiązać kontakt z rodziną w Białymstoku, to został szybko aresztowany przez sowiecką milicję, która przekazała go KGB. Trafił na jakiś czas na brutalne śledztwo sowieckiej bezpieki. Stamtąd przeniesiono go na dwa lata do zakładu psychiatrycznego, niewiele lepszego od więzienia. ''Leczenie'' polegało głównie na szprycowaniu psychotropami i trzymaniu w izolatce całymi dniami.
Najbardziej Wyklęty - Zygmunt Olechnowicz ''Zygma''
Potem odesłano go z powrotem do Kazachstanu do zakładu zamkniętego w Karagandzie (na zdjęciu wyżej adres, gdzie się mieścił - stan obecny). Zmarł tam w całkowitym zapomnieniu, na krańcach świata gdzieś w latach 90., gdy w Polsce rządziła już Hanna Suchocka - nikt nie wie kiedy dokładnie. Nie wiadomo też, czy i gdzie go pochowano. Nikt się o niego nigdy nie upomniał. Nie doczekał się nigdy ''chrześcijańskiego wybaczenia'', ani ''grubej kreski'', jakimi w Polsce obdarowano komunistów. Nie otrzymał żadnej rehabilitacji.

Jego jedyną ''winą'' było to, że walczył o Polskę i poniósł za to karę wyższą, niż niejeden unurzany we krwi zbrodniarz wojenny.

To tyle, pozdrawiam, II wojna światowa w kolorze.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Huta Pieniacka 1944 - zapomniana zbrodnia

12
Huta Pieniacka 1944 - zapomniana zbrodnia
W razie jakby Was ominęło (albo jak zwykle polskie media ''zapomniały'' przypomnieć), to minęła 80. rocznica wymordowania wsi Huta Pieniacka na Kresach Wschodnich.
Mord był dziełem 4. galicyjskiego pułku policyjnego SS, członków sotni UPA ''Siromanci'' i cywilnych Ukraińców. Zamordowano tam w ciągu jednego dnia 868 osób. W tej jednej wsi zginęło więcej ludzi niż w dwóch najbardziej znanych na zachodzie niemieckich pacyfikacjach - czeskich Lidic i francuskiego Oradour-sur-Glane - RAZEM WZIĘTYCH.
Huta Pieniacka 1944 - zapomniana zbrodnia
4. galicyjski pułk policyjny SS składał się z ochotników ukraińskich, którzy nie zostali zakwalifikowani do służby w 14. Dywizji Grenadierów SS ''Galizien''. Wbrew powszechnemu przekonaniu, dywizja ta nie brała udziału w pacyfikacji Huty Pieniackiej, gdyż szkoliła się na poligonie w Dębicy. Pułk zaś należał do policji.
4. i bliźniaczy 5. pułk znalazły się w dyspozycji niemieckich władz okupacyjnych i zostały skierowane do walki z sowieckimi partyzantami. Informację o obecności sowieckich partyzantów we wsi i polskiej samoobronie przekazała Niemcom sotnia UPA. Rzeczywiście tak było i na terenie Huty stacjonował sowiecki oddział partyzancki Borysa Krutikowa, podległy NKGB (sowieckiemu wywiadowi). Wieś uznano za ''skażoną bandytyzmem''.
Huta Pieniacka 1944 - zapomniana zbrodnia
Polska samoobrona i współpraca z Sowietami była konieczna dla Polaków w celu powstrzymania ludobójstwa UPA, które zaczęło się w Galicji na początku 1944 r.
23 lutego 1944 r. do wsi podszedł patrol z 4. pułku policyjnego, który został zidentyfikowany przez samoobronę wsi jako banderowcy i ostrzelany. Policjanci wycofali się, tracąc 2 zabitych i 12 rannych.
Wskutek strzelaniny, Inspektorat AK nakazał opuścić samoobronie wieś i ukryć broń, licząc, że Niemcy nie spacyfikują Huty, jeśli nie znajdą broni. W efekcie wieś pozostała bezbronna i znajdowały się w niej głównie starcy, kobiety i dzieci.
Huta Pieniacka 1944 - zapomniana zbrodnia
28 lutego 1944 r. do wsi wrócił 4. pułk policyjny. Huta została otoczona i ostrzelana, potem Niemcy i Ukraińcy do niej weszli i wygarnęli z domów wszystkich mieszkańców. Część od razu zamknięto w stodole, którą oblano benzyną i podpalono.
Resztę zamknięto w kościele. Po kilku godzinach Niemcy i Ukraińcy zaczęli wyciągać kilkudziesięcioosobowe grupki Polaków. Ci płakali, prosili o darowanie życia, modlili się. Polaków potem zamykano w drewnianych budynkach i ostrzeliwano z karabinów maszynowych. Gdy ze środka dochodziły już tylko jęki rannych, budynki oblewano benzyną i podpalano. Przez cały dzień UPA i cywilni Ukraińcy ograbiali polskie domy z dobytku. Następnie wszystko spalono. Ze 170 budynków pozostały tylko cztery. Zginęło 868 osób. Ze wsi ocalało w sumie 160 osób. Chociaż mord nie był dziełem UPA, to najbardziej jej się przysłużył - rękami Niemców wymordowano całą wieś.

W 2005 roku po wielu latach starań na miejscu, gdzie była Huta Pieniacka, postawiono pomnik ku pamięci ofiar. Ten był wielokrotnie dewastowany przez członków ultranacjonalistycznej ukraińskiej partii Swoboda, jednak zawsze odnawiała go - własnym kosztem - miejscowa ludność ukraińska. Pod pomnikiem co roku odbywają się Msze i uroczystości upamiętniające śmierć 868 polskich mieszkańców.

To tyle, pozdrawiam, II wojna światowa w kolorze.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Masakra Korościatynia i nie tylko

11
Dnia 28 lutego roku 1944 doszło do kilku masakr ludności polskiej, których to masakr dopuścili się Niemcy oraz Ukraińcy, a o wydarzeniach tych poniżej.
Masakra Korościatynia i nie tylko
Pierwszym wydarzeniem będzie masakra nieistniejącej już wsi o nazwie Huta Pieniacka (obwód Lwowski, Ukraina), gdzie znajdował się kościół, szkoła, 172 gospodarstwa zamieszkane przez ponad 1000 ludzi, w większości Polaków (według spisu z rok 1939 w miejscowości było 760 stałych mieszkańców. Doszło tam do masakry od 600 do ponad 1500 Polaków, a według śledztwa IPN-u ok. 850 osób. oprócz mieszkańców, ofiarami padli również Żydzi ukrywający się w wiosce i uchodźcy z Wołynia, którym udało się uciec w 1943 roku. Winny tego czynu był 4 pułk Policji SS (pułk utworzony z ukraińskich ochotników, którzy ze względu na problemy np. zdrowotne, nie dostali się do SS Galizien) pod dowództwem Oberstleutnanta Schutzpolizei Siegfrieda Binza, któremu to pułkowi pomagał lokalny oddział UPA (sotnia ,,Siromanci" dowodzona przez Dimytra ,,Jastruba" Karpenke) oraz oddział Włodzimierza Czerniawskiego i okoliczna ukraińska ludność cywilna.


Za początek rzezi można uznać wydarzenie z dnia 23 lutego 1944 roku, które mogło być przyczyną masakry. Od początku roku 1944 we wsi przebywał oddział grupy dywersyjnej NKWD pod dowództwem Dimitrija Medwiediewa i wieści o tym szybko dotarły do Niemców. W związku z atakami ukraińskimi na ludność polską, we wsi utworzono oddział samoobrony (złożony z ok. 40 osób) pod dowództwem Kazimierza ,,Satyra" Wojciechowskiego. Gdy Sowieci opuścili wieś, to dnia 23 lutego do miejscowości przybył patrol oddziału SS Galizien i doszło do walki pomiędzy oddziałem SS a oddziałem samoobrony, który to oddział wspierany był przez 2 pluton AK z Huty Wierchobuskiej (Polacy myśleli że walczą z bandytami z UPA, którzy jedynie przebrali się za żołnierzy). Podczas walk poległo dwóch Ukraińców (Oleksy Bobaka i Roman Andrijczuk, na podstawie ich dokumentów osobistych udało się ustalić, że byli oni żołnierzami stacjonującej w Brodach SS Freiwilligen Division ,,Galizien"), wybawieniem przed klęską oddziału SS okazała się sotnia UPA ,,Siromanci", która zaatakowała oddziały Polaków od boku. W odwecie Niemcy wysłali do wsi jeden z batalionów 4 galicyjskiego pułku SS, dowodzonego przez Oberstleutnanta Schutzpolizei Siegfrieda Binza. W nocy z 27 na 28 lutego do wsi przybył łącznik AK, który przekazał rozkaz Inspektoratu AK, aby samoobrona postarała się uniknąć walki i wycofała się (niektórzy zignorowali rozkaz i zostali, ale w wyniku przewagi sił oponentów, pochowali oni broń i nie walczyli w nadziei na uniknięcie masakry), aby stworzyć złudny obraz tego, że we wsi przebywają tylko kobiety, starcy i dzieci, co miało dać nadzieję na oddanie wioski bez walki, a co za tym idzie ocalenie mieszkańców i uniknięcie pacyfikacji.


Masakra Korościatynia i nie tylko
Pomnik pamięci ofiar w Hucie Pieniackiej, wysadzony w 2017 roku.
Wreszcie dnia 28 lutego do wsi przybył wyżej wspomniany pułk Policji SS (w skład którego oprócz Ukraińców wchodzili też Niemcy), wspierany przez okoliczną ludność ukraińską, oddział Włodzimierza Czerniawskiego i sotnia UPA ,,Siromanci" (która to sotnia pomogła wcześniej w walce z samoobroną). Otoczyli oni wieś i przystąpili do ostrzału z moździerzy i karabinów maszynowych, podczas owego ostrzału mieszkańcy próbowali schronić się w piwnicach i uprzednio przygotowanych schronach. Gdy ostrzał się zakończył, bandyci wkroczyli do wsi, rozstrzeliwując ludzi próbujących ucieczki, a resztę wyprowadzali z domów i grupami zapędzali do lokalnego kościoła. Zachowywali się przy tym bardzo brutalnie np. zabrali jednej kobiecie noworodka i zabili go rzutem o ścianę, inną kobietę która podczas ataku rodziła zastrzelili (jej nowonarodzone dziecko mieli zwyczajnie ,,rozdeptać", a akuszerke próbującą bronić tę dwójkę zastrzelono). Innej kobiecie, 70-letniej Rozalii Sołtys rozpruli brzuch bagnetem. Prawie 20 osób z grupy mieszkańców doprowadzonych do kościoła ukryło się w piwnicy świątyni lub na jej wieży, przez co udało im się przeżyć (kościół zaminowano więc nie było szans na ucieczkę), z kolei ok. 40 osób zdołało się ukryć w stodole rodziny Relich, w związku z czym budynek oblano benzyną i podpalano, na szczęście 10 dziewczynom udało się uciec, pomimo oddawanych w ich stronę strzałów. Wszystkie domy i zabudowania gospodarcze były ograbiane z dobytku przez cywilną ludność ukraińską, a dowódcę samoobrony ,,Satyra" przed kościołem bestialsko pobito, oblano benzyną i na żywca spalono (wcześniej w jego domu została zabita córka i żona oraz żydzi, których on ukrywał), w godzinach popołudniowych zaczęto wyprowadzać kilkunastoosobowe grupy z kościoła do stodół oraz innych zabudowań gospodarczych i zabijać za pomocą broni maszynowej oraz spalać na żywca, poprzez podpalanie budynków. Wreszcie ok. godziny 17 bestie w ludzkich skórach opuściły wieś, a nieliczni mieszkańcy którym udało się przeżyć znaleźli schronienie w okolicznych miejscowościach. 

Łącznie ucieczka udała się ok. 160 osobom, w tym ocalała m.in. Wanda Gośniowska, której córka prowadzi Stowarzyszenie Huta Pieniacka, które to stowarzyszenie upamiętnia zbrodnie dokonaną przez ukraińskich nacjonalistów i zrzesza ludzi ocalałych z ludobójstwa i członków ich rodzin). Jedna z oacałych osób wspomina że niedaleko wsi była leśniczówka, gdzie mieszkał leśniczy ze swoją ukraińską żoną i gdy osoba ta, która uciekła z płonącej stodoły dotarła to leśniczówki, to budynek płonął, na drzewie wisiał leśniczy, a jego żona leżała na łóżku wystawionym przed leśniczówkę i krzyczała- ,,Przyszedł na was czas Lachy". Inny ocalały wspomina, że matka jemu i jego bratu kazała uciekać do sąsiadki, ale przyszedł tam żołnierz w niemieckim mundurze mówiący po polsku (prawdopodobnie Ślązak) i kazał im uciekać, więc schowali się za domem w stercie ziemi, gdzie czekali aż wszystko ucichnie, po czym uciekli. Pomordowanych pochowano przy jedynych budynkach, które się ostały czyli przy szkole i kościele.

I tak mogla wyglądać zagłada Huty Pieniackiej, napisałem mogła bo według relacji niektórych świadków pewne elementy się różnią. Według niektórych powodem masakry miał być sam fakt współpracy niektórych mieszkańców wsi z AK, a nie atak na oddział SS Galizien. Sam atak miał odbyć się również rankiem bez żadnego ostrzału, mieszkańcy poprowadzeni do kościoła i szkoły, a same mordy miały odbywać się wyłącznie przez spalanie żywcem.

Masakra Korościatynia i nie tylko
Odbudowany pomnik ofiar w Hucie Pieniackiej.
Drugim wydarzeniem będzie pacyfikacja wsi Wanaty (województwo Mazowieckie), która to pacyfikacja została dokonana przez Niemców, którym według zeznań świadków pomagali kolaboranci ze wschodu. Sama wieś w lutym 1944 roku liczyła sobie 28 gospodarstw, a liczba ludności wynosiła ok. 130 osób (32 rodziny, a po ,,wyzwoleniu" sowieckim zamieszkało tam 9 rodzin), część tej ludności aktywnie współpracowała z polskimi partyzantami, a okoliczne lasy były kryjówką partyzantów.

Wszystko zaczęło się od przypadkowego spotkania żandarmów niemieckich i oddziału AK. Oddział AK ,,Flądra" pod dowództwem Jana ,,Maxa" Kosickiego składający się z 13 osób miał osłaniać aliancki zrzut nieopodal historycznych Maciejowic, w tym celu partyzanci wyruszyli ze wsi Miętne (gmina Garwolin). dnia 21 lutego przechodząc obok wsi Wanaty natrafili na pościg żandarmów (Schutzpolizei w liczbie ok. 18 osób) za mieszkańcem wsi, w wyniku czego wywiązała się walka, w trakcie potyczki zginęło 5 żandarmów, 3 zostało rannych, a 10 zdołało uciec. W odwecie starosta garwoliński, Karl Freudenthal wydał rozkaz pacyfikacji wsi (warto zwrócić uwagę na fakt, że pacyfikacja ta poprzedzała Wielka łapankę zorganizowaną w powiecie garwolińskim), w nocy z  27 na 28 lutego, do wsi przybyła ekspedycja karna Niemców ( ekspedycja składała się z żandarmerii i Gestapo oraz według niektórych źródeł funkcjonariuszy kriminalpolizei i granatowych policjantów) z oddziałem kolaborantów ze wschodu (o wschodnich kolaborantach mówi się różnie, jedni że byli to po prostu Ukraińcy, a inni mówią o  oddziale zwykłych ,,kałmuków", teorię o Ukraińcach mogą potwierdzać relacje świadków, według których było słychać język Ukraiński) i przystąpili oni do pacyfikacji miejscowości. W nocy ok. godziny 2:00 wieś otoczono, potem o świcie Niemcy wkroczyli do wsi i rozstawiali warty na ulicach i wokół wsi, więc mieszkańcy próbujący ucieczki byli rozstrzeliwani. Następnie ok. godziny 7:00 rano do wsi wkroczyły 3 grupy, pierwsza grupa chodziła po domach mordując mieszkańców (najczęściej strzał w głowę), następnie szła druga grupa, która rozkładała majątek zabitych, a cały pochód zamykała czteroosobowa grupa, która podpalała obrabowane zabudowania (osoby ranne, które zostały w zabudowaniach były palone żywcem). Dnia tego zamordowano łącznie 108 osób (w tym 35 kobiet i 47 dzieci (poniżej 16 roku życia)), na szczęście części mieszkańców udało się przeżyć, bo nie byli oni we wsi, dobrze się ukryli lub ranni uciekli z płonących zabudowań. Zwłoki i prochy ofiar pochowano we wspólnej mogile, w miejscowości Łaskarzew, poniżej załączam link do artykułu z relacjami osób ocalałych z rzezi:

https://garwolin.org/archiwa/16694

Masakra Korościatynia i nie tylko
Plakat rekrutacyjny do SS Galizien w języku Niemieckim i Ukraińskim.
 Ostatnie wydarzenie to masakra miejscowości Korościatyn (obecnie Krynycia, obwód Tarnopolski, Ukraina). Przed wojną w roku 1939 we wsi była stacja kolejowa, szkoła i 156 gospodarstw (206 rodzin polskich, 4 ukraińskie i jedna żydowska), a liczba mieszkańców wynosiła ok. 900 osób.Gdy wybuchła wojna Sowieci przejęli wieś, potem w lipcu 1941 roku zajęli ją Niemcy, a następnie w lipcu 1944 r. znów Sowieci.

Zimą na przełomie 1943/1944 roku na skutek doniesień o nasilających się mordach na Polakach ze strony ludności ukraińskiej, w Korościatynie zorganizowano samoobronę pod dowództwem podchorążego Wojska Polskiego Stanisława Różańskiego, która co noc wystawiała warty. 28 lutego 1944 roku wieczorem  ok. godziny 18, gdy wartownicy dopiero rozchodzili się na posterunki do wsi z trzech stron (od strony dróg prowadzących do miejscowości Wyczółek, Zadarów ((wieś ukraińska)), Komarówka)nadciągnęły oddziały UPA wraz z ukraińską ludnością cywilną. Dostali się oni do wsi, bo znali rozkład wart, hasła wartowników i podali się za polskich partyzantów (rozkład wart i hasła miała im podać Ukrainka, która brała ślub w Korościatynie), krzycząc po polsku do wartowników. Korzystając z efektu zaskoczenia zajęli oni stację kolejową, gdzie przecięli druty telegraficzne, zniszczyli tory i zamordowali urzędników pracujących na stacji i podróżujących czekających na pociąg (łącznie 21 osób, w tym przypadkowo 1 Ukrainiec), następnie zaatakowano wieś i mordowano ludzi za pomocą siekier,noży, broni palnej czy narzędzi rolniczych. Niektóre z ofiar były torturowane i np. wycinano im języki, wydłubywano oczy, przypalano ogniem czy obcinano kobietom piersi. Według świadków Ukraińcy podzielili się na 3 grupy: pierwsza zajmowała się mordowaniem, druga grabieżą dobytku, a trzecia podpalaniem zabudowań (w podpalaniu miały uczestniczyć nawet dzieci w przedziale wiekowym 12-14 lat). Samym atakiem miał kierować greckokatolicki duchowny wraz z córką, znany z nazwiska jako Pałabicki. Dzięki samoobronie udało się uratować część mieszkańców, a sam atak, który trwał do godzin porannych miała przerwać odsiecz polskiej partyzantki ze wsi Puźniki. Podczas ataku na stację kolejową i wieś zostało zamordowane łącznie 156 osób (w tym  kilkanaście dzieci od 4 do 12 roku życia, zidentyfikować udało się tylko 78 ofiar), a zabudowania wsi podpalono (ostał się jedynie kościół i plebania). Pomordowanych pochowano w zbiorowej mogile na lokalnym cmentarzu.

Masakra Korościatynia i nie tylko
Tablica ku pamięci ofiar z Korościatynia, znajduja się w Radwanowicach.
Masakra Korościatynia i nie tylko
Zdjęcie tego jak mogły wyglądać wioski po pogromach. Tutaj przykład ze wsi Lipniki.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Koniuchy 1944 - zapomniana zbrodnia

271
Koniuchy 1944 - zapomniana zbrodnia
W razie jakby Was ominęło (albo polskie media ''zapomniały''), to minęła 80. rocznica wymordowania wsi Koniuchy na Nowogródczyźnie na Kresach. Mord był dziełem połączonych sowieckich i żydowskich oddziałów partyzanckich, które dokonywały grabieży wśrod polskiej ludności wsi.
Koniuchy 1944 - zapomniana zbrodnia
Sowieckie i żydowskie oddziały powstawały od 1941 r.  z żołnierzy rozbitych jednostek Armii Czerwonej, uciekinierów z niewoli i gett,   oraz spadochroniarzy przerzucanych przez front. Na terenie  Nowogródczyzny  częściej niż walką z Niemcami zajmowały się grabieżami w tzw. ''bombioszkach''. Sowieckie bandy rabowały żywność, bydło, narzędzia, pościel, ubrania (w tym kobiece i dziecięce). Kradli nawet gwoździe i zapałki. Kto stawiał opór, był mordowany na miejscu. Częste były przypadki gwałtów. Poza tymi  ''bohaterskimi akcjami'', partyzanci sowieccy zajmowali się też  pędzeniem bimbru (i to tak, że musiał innterweniować komitet centralny partii) i plagą chorób wenerycznych. Jedna z kobiet  z  ooddziału partyzanckiego przyznała się, że przespała się ze 130 partyzantami i zaraziła 14 z nich.
Koniuchy 1944 - zapomniana zbrodnia
Ponieważ Polakom nie uśmiechało się bycie bitym i grabionym na każdym kroku, sformowali we wsi Koniuchy (i okolicznych) samoobronę, która odstraszała bandy. Do czasu pomagało. 29 stycznia 1944 roku 150  partyzantów sowieckich i żydowskich napadło i spaliło wieś. Zamordowano co najmniej 38 Polaków, najmłodsza ofiara miała 2 lata. Sowieci zaplanowali tę akcję chcąc zastraszyć inne miejscowości, by nie próbowały formować samoobrony i grzecznie oddały broń, oraz dobytek.

Po II wojnie żydowscy partyzanci przechwalali się, jakoby we wsi zniszczyli silny niemiecki garnizon w bunkrach i z armatami, że wyrywali im z rąk karabiny i bili ich gołymi rękami na śmierć. Bić to może i bili - ale nie Niemców, tylko polskie kobiety i dzieci. Po wystrzelaniu kilkudziesięciu osób rozgrabili co się dało z resztek wsi, popastwili się nad ciałami, po czym odjechali świętować. Żaden nie  poniósł nigdy kary za tę zbrodnię. Wielu z nich do dziś jest uważanych za bohaterów w USA i Izraelu.

To tyle,  pozdrawiam, II wojna światowa w kolorze.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.12482404708862