Rozrywka
1 t
8
Choć uniwersum Warhammera 40k zasypuje czytelników ogromem informacji o armiach, flotach, wojnach i podbojach, jego najbardziej złowieszczy wątek zaczyna się od broni tak prostej i pierwotnej, jak ludzkie emocje. W opowiadaniu Athame z antologii Mark of Calth poznajemy pierwszy, przewrotny gest, który zapoczątkował możliwość prowadzenia wszelkich wojen w odległej przyszłości. To opowieść o pierwotnym ostrzu i o jednej decyzji, by użyć go nie do przetrwania, lecz do zabicia. To historia pierwotnego grzechu, który na zawsze skaził dzieje ludzkości i obudził moce drzemiące w Empyreum.
Ostrze Athame narodziło się z krzemienia. Początkowo było narzędziem prymitywnej religii, sposobem na ułagodzenie świata, choroby, głodu, strachu i bezradności. Ktoś stworzył je po to, by odprawiać rytuały, w których krew stawała się ceną za odroczenie katastrofy. Wtedy na scenie pojawia się człowiek o imieniu Gog. Jest łowcą, człowiekiem prostym i brutalnym, a zarazem w tej prostocie czystym jak klinga. Gog nie dołącza do rytuału, lecz go przerywa. Zabija właściciela ostrza i zabiera je dla siebie. W tej samej chwili Athame przestaje być narzędziem błagania, a staje się narzędziem wyboru. Krew nie jest już darem składanym bogom w rozpaczy a staje się argumentem. Właśnie wtedy zaczyna się długa lekcja, której ludzkość nigdy tak naprawdę nie zdołała odrobić.
Najbardziej niepokojące w Gogu nie jest to, że zabija. Niepokojące jest to, w jaki sposób prowadzi go Athame. Gog przechodzi przez epoki tak, jakby czas w ogóle się go nie imał. Wędruje przez kolejne stulecia, morduje, znika, po czym pojawia się znowu, a w tej niekończącej się wędrówce staje się coraz mniej człowiekiem, a coraz bardziej nośnikiem idei. Jest jak cień pierwszego morderstwa, którego nie da się odpędzić, a który jedynie zmienia kształt. Jakby Athame nie było narzędziem w jego ręku, lecz odwrotnie, jakby to Gog był narzędziem ostrza. W pewnym momencie nie ma już pewności, czy to jeszcze morderca, czy już tylko ruchomy ołtarz przemocy.
Kulminacja przenosi czytelnika do obrazu niemal baśniowego, ruin wieży, rycerzy, oblężenia, stali i wiary w porządek świata. Gog zostaje osaczony. Przez chwilę wydaje się, że historia zaraz się domknie w znajomej konwencji, barbarzyńca wpada w pułapkę cywilizacji. Athame nie przynosi ulgi, Gog wciąż zabija, jakby nie dało się go wykorzenić samą odwagą i mieczem. Dopiero wtedy pojawia się postać w złotej zbroi. Narracja nie wypowiada wprost słowa „Imperator”, ale w tym świecie złoto, autorytet i wyrok mają własną wagę. Ta interwencja nie jest bohaterskim ratunkiem. Jest czymś chłodniejszym, bardziej ostatecznym, jak zatrzaśnięcie drzwi przed przeciągiem, który zdążył już zgasić pierwsze świece. Gog zostaje śmiertelnie raniony, lecz nie oddaje ostrza.
Zamiast umrzeć jak każdy inny, Gog wykonuje ostatni, bluźnierczy gest. Zabija samego siebie za pomocą Athame. Scena ta wygląda jak rytuał, jakby morderca chciał domknąć swoją drogę krwią, aby jego czyn nie był jedynie porażką, lecz transakcją. Jakby do samego końca wierzył, że przemoc ma uszy i że ktoś po drugiej stronie naprawdę słucha. To właśnie tutaj motyw pierwszego mordu wybrzmiewa najmocniej. Moment, w którym zabicie zostaje uznane za sens, a sens zaczyna przypominać wiarę. I właśnie tutaj zaczyna się Chaos w swojej najstraszniejszej postaci. Nie jako demony ani byty przywołane z Immaterium, lecz jako ludzka zdolność do nadawania przemocy metafizycznej godności.
Po śmierci Goga wieża zostaje zniszczona uderzeniem pioruna, a Athame pogrzebane pod gruzami. Ten piorun brzmi jak pieczęć, jak próba pogrzebania czegoś, czego nie da się już odczarować, ale co wciąż można ukryć. To mroczna zapowiedź przyszłości, w której Imperium często nie potrafi zniszczyć problemu u źródła, więc próbuje zamknąć go w ziemi, w archiwum, w milczeniu. Tyle że w świecie Warhammera 40k nic nie zostaje pogrzebane na zawsze. Ostrza o takim rodowodzie nie umierają. One czekają, aż ktoś je odnajdzie, bo ludzie zawsze kopią w poszukiwaniu władzy, cudów, skrótów albo odpowiedzi, na które nigdy nie zasłużyli.