Dobry wieczór, dzidki. Podzielę się swoim dylematem moralnym. Chodzi o kobiety.
Na początek muszę opowiedzieć trochę historii swojego życia. Otóż 15 lat temu spotykałem się z kobietą, która była dla mnie ideałem i byłem zdziwiony, że w ogóle taka kobieta chce kogoś takiego jak ja. Nie było pisane nam szczęscie, bo straciła życie w wypadku. Do teraz odwiedzam jej grób i będę do końca życia.
Później byłem w różnych związkach, w tym jeden 8 lat. Po tym związku założyłem konto na portalu randkowym, spotykałem się, ruchałem, ale nie angażowałem.
Rok temu poznałem na portalu kobietę, która spełniała wszystkie wymagania (przede wszystkim nie jest pierdolnięta), więc nie olałem jej po kilku miesiącach jak pozostałe i na chwilę obecną tworzymy coś w rodzaju związku, choć nie jest to oficjalne. Mamy wolną rękę i każde może spotykać się z kim chce i choć spotykam się od czasu do czasu z kimś z portalu, to robię to tak po prostu z ciekawości i chęci zdobywania doświadczenia w interakcjach z kobietami. Seks uprawiam tylko z tą jedną. Naprawdę zbliżyliśmy się do siebie, stała się dla mnie ważna i zależy mi na niej. Ona to samo czuje do mnie.
Niedawno spotkałem się z kolejną kobietą z portalu. Po zdjęciach tego nie widziałem, ale gdy zobaczyłem ją na żywo to doznałem szoku. Wygląda niemal identycznie jak moja zmarła była. Oprócz tego mówi tak samo, zachowuje się tak samo i nawet śmieje się tak samo. Jakby ją sklonowali. Póki co spotkaliśmy się trzy razy i do niczego nie doszło, ale zmierza w tym kierunku. Serce mi mówi, by w to iść, ale rozum i poczucie moralności mówią, że nie powinienem. Dobrze mi z moją obecną, ona mi zaufała, jest ze mną szczęśliwa i jak napisał Saint-Exupery w "Małym Księciu" - jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.
Oczywiście mogę spotykać się z dwiema naraz, nie raz tak robiłem. Tutaj jednak czuję wewnętrzny opór, a jednocześnie do tej nowej ciągnie mnie tak mocno, że trudno mi z tym walczyć.
Napiszcie mi coś mądrego.